wtorek, 2 października 2012

O (dobrej) kondycji klimatów Bang Time w trudnych i burzliwych czasach roku 2012

Niektórzy raperzy porzucając bangery zamienili się w Pokemony, ale...
Ostatnio, współautor bloga - Mr Chris roztoczył nad brzmieniami Bang Time apokaliptyczną wizję i groźbę odejścia do oldschoolu. Ja przyznaję, że nie do końca się z tym zgadzam. To, co oglądamy to niekoniecznie ziszczenie wizji Św. Jana, a bardziej seria huraganów, powodzi i krótkich susz spowodowanych globalnymi zmianami reguł rządzącymi przemysłem muzycznym w połączeniu z stale szalejącą ewolucją mody i muzyki samej w sobie.

Po pierwsze, zgadzam się, cała masa współczesnych gwiazd rapu to wątłe postaci. Nie mam wciąż bladego pojęcia, za co miałbym wielbić Big Seana, o Kirko Bangzie (który jest nie mniej, nie więcej, a houstońską wariacją na temat Drake'a) nawet nie wspominając. Nie rozumiem fenomenu Freddiego Gibbsa, który jest chyba największym pozerem A.D. 2012 i to takim, że Game przy nim wypada niemal jak autentyczny czołowy mafioso Bloodsów.

O tym, że jest kiepsko świadczyć może chociażby jakość płyty Cruel Summer. Kanye miał ambicje zgromadzić całą masę młodych (i kilku nieco starszych) talentów. Wyszło słabo, ale pamięta ktoś płytę Eminem Presents: The Re-Up? To takie Cruel Summer z 2006: zgrupowanie słabych i przeciętnych raperów na wydawnictwie bez ładu i składu i z jednym, może dwoma wyróżniającymi się singlami.

Rap wciąż się zmienia - zgodnie z teorią Darwina. Odnogi ewolucji trafiają w różne dzikie rejony, które na dłuższą metę okazują się prekursorskim kierunkiem dla kolejnych pokoleń, bądź ślepą uliczką. Tego typu dziwactw, mam wrażenie, mieliśmy w ostatnich latach od groma. Co jest ślepą uliczką, a co nowym kierunkiem, zdecydujcie sami. Każdy z poniższych ma spore grono fanów, jak i hejterów.
  • Chciałem dać tu OJ Da Juicemana, ale ten ziomek to już faktycznie akurat jest oldschool ;)
  • Waka Flocka Flame, czyli włochata skacząca uśmiechnięta bomba wypełniona jednosylabowymi adlibami. Sieje nimi zniszczenie niczym karabin maszynowy. Faktem jednak jest, że tak jak 50 Cent z swoim debiutem GRODT wytoczył nowy kierunek dla gangsta rapu, doszło do tego również za sprawą Flockaveli. Jedno i drugie to KLASYK.
  • Dziwactwem jest też Big K.R.I.T., czyli młody ziomek z południa, który ukradł flow Pimp C, ale brzmieniowo zdecydowanie pomógł odżyć sporej części towarzystwa z stanów Missisipi, Georgia i Texas.
  • YelaWolf to niezła kreatura, które kondensuje w sobie niewyobrażalną masę odnóg brzmienia hiphopowego i amerykańskich korzeni etnicznych. I serio robi to dobrze (poza wpadką "Radioactive", oczywistość)
  • Mamy takiego delikatnie sepleniącego Meek Milla, który wciąż ma nam się pokazać z najlepszej strony na Dreams & Nightmares.
  • Jest taki kolektyw jak Odd Future, którego lider zasłynął przede wszystkim zjadaniem robaków na teledysku, a jego kumpel niedawno zdradził światu, że jest członkiem mniejszości seksualnej.
  • Najbardziej zdziczałą ostatnio postacią jest Lil B. Kiedyś prezentowaliśmy go jako członka grupy tworzącej solidne bujające hyphy - The Pack. Dziś Based God to szaleniec w różowych ciuchach, który na okładce stylizuje się na Jezusa z jointem, a mikstejpów i fristajli wydaje tyle, że zdrowy człowiek nie jest w stanie za tym nadążyć. Kolejne wydawnictwa niekoniecznie służą do słuchania, ale raczej do zbierania, dokładnie tak jak Pokemony. Sam raper się z tym nie kryje, zachęcając do pobrania nie wezwaniem "listen", ale właśnie "collect". Do tego dodajmy wystąpienia na Uniwersytetach i zamiłowanie do kochania wszystkiego i wszystkich na świecie oraz ambicji pieprzenia wszystkich kobiet na świecie. Kiedyś, by zwrócić na siebie uwagę, wystarczyło ubierać ciuchy tył na przód (Kriss Kross), dziś najwyraźniej trzeba się bardziej postarać.
  • W końcu, ziomek z Atlanty, po latach w Goodie Mob, sukcesowi w duecie Gnarls Barkley, stał się znany na całym globie pod swoją własną ksywką - Cee-lo Green.
  • 2 Chainz to już w ogóle jest jedna z najciekawszych wariacji na temat "amerykańskiego snu" jaką widziałem w ostatnich 5 latach i nie zdziwię się, jeśli Hollywood się kiedyś za nią weźmie. Do klasycznego etosu, w którym przy pomocy ciężkiej pracy można dojść do spełnienia marzeń, dodano motyw "ograniczonego sukcesu" i powolnego odchodzenia w niepamięć... a na koniec nagły wyskok na sam szczyt sceny muzycznej (1. miejsce list sprzedaży w tygodniu debiutu). I to nie szkodzi, że ziomek potrafi rymować tak, że zaliczamy seryjne facepalmy. Swag i praca dały mu zwycięstwo. To się liczy.
Mamy też od wielu lat na scenie takiego ziomka jak Tech N9ne. On z roku na rok potrafi wydawać płyty i epki masowo i zadziwiać (również masowo!) tym, skąd czerpie pomysły na coraz to nowe podwójne i potrójne rymy, całe serie barsów składające się z wyrazów rozpoczynających się na tę samą literę. Gdyby stworzyć rapowanego odpowiednika bijatyk typu Tekken, Aaron Yates bez wątpienia miałby największy arsenał combosów.

Sukces tego ostatniego, który niezależnym raperem jest, dowodzi też jednemu jakże ważnemu zjawisku. Rap i przemysł muzyczny ogółem podlega ciągłym, coraz szybszym zmianom i musi się dostosować do nowych warunków gry. Kiedyś śledzenie rapu było prostsze, bo do zaściankowej Polski docierały przede wszystkim największe premiery, a by mieć ogarnięte tamtejsze podziemie, trzeba było mieć "wtyki". Wraz z rozwojem internetu, zaczęło się to zmieniać, a granica między totalnym undergroundem a sukcesem na skalę światową stopniowo rozmywa się do przysłowiowego ZERA. Zajmuje to oczywiście trochę czasu, bo proces pojąć musieli nie tylko głodni muzyki fani, ale i sami raperzy, producenci, jak i biali, tłuści i zapuszczeni 50-letni pracownicy amerykańskich koncernów muzycznych, którzy na początku myśleli przede wszystkim o tym, jak ten cały wynalazek "internet" wysadzić w powietrze i zagrzebać głębiej, niż hitlerowcy schowali swoje prototypy statków typu UFO.

Najlepszym przykładem na zerową granicę pomiędzy undergroundem i sławą jest oczywiście niewiele rapujący, ale wciąż bliski hiphopowi The Weeknd. Najświeższym koreański ziomek Psy i "Gangnam Style". Dziś dosłownie znienacka można wypuścić w świat materiał, który momentalnie chwyci i zmieni grono fanów z kilkuset do kilku milionów w kilka tygodni. Śledzić i przewidywać takie zjawiska jest oczywiście znacznie trudniej, niż onegdaj mozolnie planowane i przygotowywane wejścia raperów w mainstream oraz premiery ich albumów. Te oczywiście nadal mamy, jednak stopniowo tracą one na znaczeniu... Co najlepiej pokazują YelaWolf i Big K.R.I.T., którzy szczytową formę osiągnęli na mniej więcej rok przed "super ważnym debiutem", do którego jeden i drugi dotarli mocno poobijani o ściany i gabinety swoich "wytwórni" muzycznych.

Są też tacy, którym takie poobijanie się wychodzi na dobre, bo potem nieco skuleni trafiają pod właściwe skrzydła i pokazują swój pełny potencjał. Mam na myśli Wale.

Faktem jest, że wiele gwiazd poprzednich dwóch dekad obecnie nic nie robią, bądź dają fanom naprawdę niewiele. Jest to całkiem naturalne, że wykonawcy mają lepsze, gorsze, mniej i bardziej intensywne lata w swojej karierze. Nawet maksymalnie regularny Tech N9ne, miał kiedyś parę lat przerwy pomiędzy płytami. Owszem, taki Chamillionaire chyba już totalnie stracił wyczucie do swojej własnej muzyki. Tak jak parę lat temu byłem jego psychofanem, tak teraz mam problemy z tym, by przeczytać przychodzący od niego dwa razy w miesiącu newsletter. Wracając na półkę z literą T... Ostatnio robiłem eksperyment z twórczością Three 6 Mafia. Podejście do jednej z wczesnych płyt (lata 90.) było totalną klapą. Kompletnie nie podszedł mi ten groźny klimat osiedlowej piwnicy i kolektywu nagrywającego w niej do jednego wyeksploatowanego mikrofonu. Odpaliłem zatem Last 2 Walk (czyli de facto płytę duetu DJ Paul, Juicy J) z 2008 i tam już było dużo lepiej. Najprzyjemniej jednak się zrobiło, gdy włączyłem solowy mikstejp Blue Dream & Lean (końcówka 2011), Juicego i przy tym pomyślałem "klasyk".

Dzisiaj mamy premiery od DJa Dramy i Z-Ro. Czekam na solową płytę członka Three 6 Mafii, na debiut Meek Milla, na podniesienie się Big K.R.I.T.a oraz YelaWolfa, na dalszy rozwój współpracy 2 Chainza i Kanye Westa, na solową płytę tego drugiego, na pełny krążek Tech N9ne'a oraz innych ludzi z jego wytwórni (Jay Rock, Brotha Lynch Hung, Krizz Kaliko). Wierzę, że spory apetyt na sukces wciąż mają Paul Wall i Bun B. W głowie mam świetny mikstejp Trae Tha Truth, a wciąż pamiętam doskonałe F*ck Da City Up, jego szefa T.I.. Cee-lo ma wydać płytę z piosenkami bożonarodzeniowymi i nie ukrywam, że tym też się jaram. Wreszcie, ostatnią audycję rozpoczął bardzo solidny bujający numer jednego z największych dinozaurów rapu - Ice Cube'a. Czuję, że mógłbym tak długo wymieniać, ale już jestem pewien, że klimaty Bang Time miewają się dobrze i zamykać ich w schronisku dla oldschoolu nikt nie zdoła, przynajmniej przez najbliższe 5-10 lat.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz