sobota, 29 września 2012

Czy Bang Time staje się oldschoolowe?


Piątkowy późny wieczór spędzałem tak, żeby wszyscy moi rapowi idole mogli być ze mnie dumni – przy komputerze... Naściągałem nowych utworów i teledysków, a plan był prosty – wkręcić się w muzykę. Szybko jednak okazało się, że większości tych nowych brzmień znieść nie mogę i postanowiłem wrócić do starszych klipów, z których najnowsze powstały co najmniej 5 lat temu. Jako że nie był to pierwszy raz w ostatnim czasie, kiedy to moje muzyczne podróże zakończyły się w ten sposób, doznałem objawienia, które przepełniło mnie niepokojem – Bang Time powoli staje się oldschoolowe.

Gdy ponad 3 lata temu rozpoczynaliśmy prowadzenie audycji, każdy z nas przynosił do radia po kilkanaście numerów, a wybranie tych najlepszych dziesięciu na program było nie lada wyzwaniem. W chwili obecnej najczęściej bywa tak, że podsyłam Arkowi 3-4 tracki, a czasem nawet mniej. Ok, nie da się ukryć, że 2012 rok jeśli chodzi o mainstreamowo-południowe rapsy jest wybitnie słaby, niemniej jednak uzbieranie 10 kawałków na audycję w ciągu tygodnia nie powinno być problemem. Nie tak dawno temu przepełniła mnie smutna myśl, że w ostatnich miesiącach zapuściłem się trochę z muzyką – przestałem ściągać nowe teledyski, a większość newsów ze świata amerykańskiego rapu znam tylko z nagłówków, bo ich treść mnie kompletnie nie interesowała. Dziś wiem jednak, że odczucie to jest złudne i nieprawdziwe. To nie ja zapuściłem się z rapem – to rap się zapuścił. Trudno, żebym śledził codziennie nowe newsy, kawałki, czy teledyski, jeśli większość z nich dotyczy takich wykonawców jak:

- Wiz Khalifa
- Big Sean
- Drake
- Tyga
- Curren$y
- Mac Miller

I innych tego typu pseudoraperów bez swagu, skillu, flow i charyzmy. No dobra, puszczam ich twórczość w niepamięć i próbuję zagłębić się w oazę bangerów – Atlantę – a tam co? Atakuje mnie taka kreatura jak Future, której zawodzenia nie mogę zdzierżyć nawet znieczulony kilkoma piwami ze stoperami w uszach. Nie poddaję się jednak i sprawdzam Kalifornię – do playlisty trafia niejaki Problem, który nudzi mnie każdą linijką tekstu i taktem muzyki. Nie poddaję się w dalszym ciągu i biorę na tapetę to, co sprawdza się zawsze – Houston – i ściągam mixtape Kirko Bangza. Wyrzucam go jednak z dysku po przesłuchaniu czterech utworów. Mam więc ochotę tylko sparafrazować modną ostatnio w internecie serię żartów – Rap, what u doin? Stahp!!!!

Do wszystkiego mogę dodać fakt, że raperzy kiedyś mocno wyhypowani, albo siedzą cicho, wypuszczając jeden track na pół roku, albo nagrywają płyty, które przesłuchuję dwukrotnie tylko dla przyzwoitości i z sentymentu. Dotyczy to również legend bangerowej muzyki. Jak przypomnę sobie bowiem chociażby to, co zafundował nam DMX na „Undisputed”, mam ochotę zapłakać nawet w tej chwili. Nie chcę się jednak tutaj rozwodzić nad formą dawnych gwiazd, a nawet udowadniać braku skillu wyliczonych wcześniej wykonawców. Poświecę bowiem temu kiedyś jeszcze cały artykuł, ale to już może po metamorfozie naszego bloga, która niestety ciągle przesuwa się w czasie z niezależnych od nas przyczyn. No chyba, że wcześniej wypłynie kolejny raper pokroju wymienionych i będzie to kropla, która przeleje kielich, a ja napiszę hate-artykuł, skasuję z kompa wszystkie rapsy powstałe po 2010 roku i przerzucę się na słuchanie punk rocka.

To miał być krótki post na maks kilkanaście zdań, a wyszło jak zwykle. Niemniej jednak dochodzę właśnie do meritum. Wkręcając się tej nocy w muzykę odrzuciłem wszystko co nowe. Wróciłem do pierwszych teledysków Nelly'ego, Cash Money z najlepszych czasów, czy Huston z 2005 roku. Wtedy właśnie, wspomagany kilkoma używkami, doznałem objawienia – z piewcy nowoczesności w muzyce zamieniam się w oldschoolowca, a razem ze mną audycja Bang Time, bo jestem pewien, że jej współautor zgodzi się z prawie każdym słowem tego artykułu. Dotarło do mnie, że mamy 2012 rok, a ja za szczyt zajebistości amerykańskiego rapu uważam okres od końcówki lat '90 do 2005 roku, kiedy to stan muzyki mainstreamowo-południowej osiągnął swój najwyższy poziom. Nie od razu oczywiście nastąpił drastyczny spadek. Notowaliśmy jednak stopniowy regres, z roku na rok dobrych rzeczy wychodziło coraz mniej, aż przyszedł 2012, w którym to nie jaram się prawie niczym. W folderze „bangery roku”, który mam na dysku i wrzucam tam kawałki z myślą o bangtimowych podsumowaniach, znajdują się w chwili obecnej dwa kawałki tego samego wykonawcy, który nie jest ani mainstreamowy, ani nie mieszka w Dirty South. Z łezką w oku wspominam natomiast pierwsze płyty Fabolousa, Paul Walla, Slim Thuga, Buna B, Chamillionaire'a, Mike Jonesa, Ludacrisa, T.I.'a, Young Jeezy'ego, Nelly'ego, Chingy'ego, DJ Khaleda, nagrywki Cash Money z przełomu wieków i pierwszych lat nowego millenium, czy nawet 50 Centa z początków kariery, za którym wtedy wcale specjalnie nie przepadałem. Każdy z nich miał charyzmę, swag (no, może z wyjątkiem Paul Walla), klasę i teksty jeśli nawet nie najlepsze technicznie, to przynajmniej ciekawe. Przede wszystkim jednak każdy z tych raperów miał w sobie jakąś wrodzoną zajebistość, która sprawiała, że chciało się śledzić ich kariery i być takim, jak oni. Ze współczesnych gwiazd bije natomiast bylejakość i brak pomysłu na siebie. No bo nie mówcie, że ktoś z Was chce wyglądać jak Drake, czy Tyga.

Od dłuższego czasu nie dawało mi spokoju pytanie, jak to możliwe, że współczesne gwiazdy pokroju Wiz Khalify i spółki mają tak dużo fanów. Przecież to niemożliwe, bym mógł tak bardzo mylić się w odbiorze ich muzyki. Wiem w końcu, co słyszę, a raczej czego nie słyszę. Nie słyszę dobrych rymów, ciekawych tekstów, a przede wszystkim nie słyszę flow. Pomijając już fakt, że wśród pierwszej czwórki spośród raperów wymienionych na początku tego artykułu wszyscy naśladują siebie nawzajem i już tak naprawdę nie wiadomo, kto jest czyją podróbką. Wczoraj jednak dotarło do mnie (i to pierwsza pozytywna konstatacja), że nie mylę się ani ja, ani młodzi słuchacze rapu. Jarają się tymi wykonawcami, bo nie znają historii (oj, jak to patetycznie brzmi!) i nie wiedzą, jak rap wyglądał za swoich najlepszych lat. Mnie natomiast nie uda się im wytłumaczyć wyższości Buna B nad Drakiem, tak jak kilka lat temu żaden trueschool nie przekonał mnie, że Guru jest lepszym raperem niż Chamillionaire, a DJ Premier robi gorętsze bity niż The Runners. Pomimo tej pozytywnej konstatacji, wymowa całego artykułu jest zgoła przerażająca. Bang Time i osoby podzielające nasz gust muzyczny nie tylko stają się fanami oldschoolowego rapu, ale i z roku na rok będą coraz bardziej narzekać na stan tej muzyki. Śmiałem się swego czasu ze zgorzkniałych trueschooli, którzy w swoim rozwoju muzycznym zatrzymali się gdzieś w połowie lat '90. Sam jednak zatrzymałem się dobrych kilka lat temu i mam bardzo dużą szansę podzielić ich los. Nie zdziwię się zatem, jeśli Bang Time za jakiś czas zmieni format i po prostu przestanie grać nowości, bo zwyczajnie nie będziemy nimi w stanie zapełnić audycji.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Nowy Dj Khlaed ? Nie podoba wam się ?Take it to the head jest swietnym bangerem. Co do Wiza uwazam ze ma zajebiste flow i jaram sie jego kawalkami nie loiczac oczywiscie wielu spierdzielonych na Rolling papers.

Anonimowy pisze...

Cały rap od 2000 roku to chłam z drobnymi wyjątkami,i wy szczawie z roczników 89',90' nie powinniscie wogle zabierac glosu na ten temat bo huja byscie wiedzieli o tej muzuce gdyby nie internet.amen.

Anonimowy pisze...

http://www.youtube.com/watch?v=4lL2mn_sIMI&feature=g-user-u

To do Ciebie Anonimowy nr 2. Temat moze troche inny, ale przekaz ten sam.

Prześlij komentarz