niedziela, 15 stycznia 2012

Podsumowanie roku 2011 - Mr. Chris


Każdy słuchacz Bang Time oraz czytelnik moich recenzji wie dobrze, że na przełomie marca i kwietnia byłem do roku 2011 nastawiony bardzo entuzjastycznie, wierząc głęboko, że będzie to jeden z najlepszych okresów w historii hiphopu. Światło dzienne ujrzała wtedy nadspodziewanie duża ilość dobrych wydawnictw, stworzonych również przez wykonawców, po których byśmy się raczej niczego specjalnego nie spodziewali. Co więcej – na dalsze miesiące zapowiedzianych było wiele ciekawych płyt od wykonawców z najwyższej półki. Ja natomiast wraz z każdym kolejnym tygodniem czułem się coraz bardziej zawiedziony, by wreszcie odczucie to przeszło w głębokie rozczarowanie. Premiery wydawnictw były odkładane w nieskończoność, a o niektórych słuch zupełnie zaginął. Wykonawcy, którym jakimś cudem udawało się wydać płytę, też raczej specjalnie nie zaskakiwali. Pomijając jednak sam poziom, do refleksji zmusza nawet ilość płyt wydanych przez ważnych wykonawców. 5 kwietnia albumy wypuścili Jim Jones i Brotha Lynch Hung kończąc tym samym okres dobrobytu wydawniczego. Co było potem? Tech N9ne, The Game, Lil Wayne, Kanye & Jay, Young Jeezy – potraficie wymienić dużo więcej ważnych płyt, które ukazały się w 2011? Z pewnością nie (jeśli zaplątały się tutaj jakieś truskule, to przypominam, że wspominanie w komentarzach o takich wykonawcach jak The Roots, czy Common zostanie zaszczycone przez nas jedynie sarkastycznym uśmiechem). Nie potrafię więc ukryć mojego negatywnego stosunku do nie tylko hiphopu, ale muzyki 2011 roku w ogóle (wspomnijmy choćby modę na dubstep). Jeśli chodzi jednak o sam rap, to mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że minione 12 miesięcy jako całość kontynuuje przykrą tendencję, która zaczęła się gdzieś w 2006 czy 2007, polegającą na zaniżaniu poziomu, odgrzewaniu starych kotletów, braku poszukiwania czegokolwiek nowego i żenujących prób podniesienia sprzedaży płyt poprzez nagrywanie popowych niemalże hitów. Te gorzkie słowa nie wykluczają oczywiście faktu, że choć było tego niewiele, 2011 rok dał nam trochę rzeczy, które będziemy wspominać w 2015, gdy mainstreamowo-bangerowy hiphop upadnie już całkowicie. W Wasze ręce (czy tam Waszym monitorom) oddaję więc w pełni subiektywne podsumowanie minionych 12 miesięcy, przedstawiające głównie to co najlepsze, ale momentami również to co najgorsze w rapie tego okresu.

1. EPka roku – Krizz Kaliko – „S.I.C.”



Krizz Kaliko to undergroundowy raper znany głównie osobom zainteresowanym twórczością wychodzącą pod szyldem Strange Music. Ten podopieczny Tech N9ne’a dorównujący mu prawie talentem, wydał w maju 2011 roku EPkę pt. „S.I.C.”, o której prawdopodobnie do dzisiaj bym nie wiedział, gdyby nie współautor audycji Bang Time. Gdy tylko usłyszałem to wydawnictwo, miałem praktycznie pewność, że trafi ono do tego zestawienia. Z perspektywy czasu zdania nie zmieniam, choć przyznać trzeba, że 2011 był EPkowo dość silny. „Bad Meets Evil” rozpatruję jednak raczej w kategoriach regularnego albumu (9 tracków i prawie 40 minut, nie mówiąc już o wersji Deluxe), a taki Mobb Deep, choć mocny, aż tak bardzo mnie nie porwał. Na „S.I.C.” składa się natomiast Intro, średniej jakości track pt. „Immortal” i cztery najwyższej klasy bangery, z których każdy tak naprawdę można rozważać w kontekście numeru roku. Krizz Kaliko jest wykonawcą kompletnym – bardzo dobrze składa teksty, punchami sypie jak z rękawa, podśpiewuje, zmienia flow siedem razy na kawałek, a czasem nawet potrafi przyspieszyć niczym najlepsi w tym fachu. Wszystko to możemy usłyszeć na przestrzeni niecałych 12 minut, czyli tracków pt. „Rain Dance”, „Animal”, „Medicine” i „Down”. Jeśli kogoś jeszcze nie przekonałem, niech sprawdzi ostatni z nich:



2. Mixtape – Ludacris – “1.21 Gigawatts: Back To The First Time”



2011 był bez wątpienia rokiem mixtape’ów. Sądząc po rewelacyjnych wydawnictwach T.I.’a i Rick Rossa, które ujrzały światło dzienne na początku stycznia, wydaje się, że najbliższe miesiące będą kontynuować ten trend. Anyway, można pomyśleć, że w zalewie często całkiem niezłych mixtape’ów, które czasem były wręcz tak naprawdę pełnoprawnymi albumami, trudno będzie wybrać ten najlepszy. Dla mnie jednak kwestia ta stała się oczywista od momentu, w którym po raz pierwszy usłyszałem „1.21 Gigawatts: Back To The First Time” Ludacrisa. To, że ten gość potrafi składać niecodziennie oryginalne punchline’y, dysponuje prawdopodobnie najbardziej giętkim flow w rapgrze i ma miejsce w czołówce najlepszych współcześnie raperów, nie ulega wątpliwości i zgodzi się z tym prawdopodobnie nawet większość fanów Gang Starra. Mixtape Ludy przeszedł jednak moje najśmielsze oczekiwania. Chłopak wysmażył nam wydawnictwo, na które składają się rymowane Intro, ciekawy skit, zamulający numer z Wiz Khalifą, spokojny acz świetny „I’m On Fire” i… 8 przebangierzonych, gorących tracków, z których trudno tak naprawdę wybrać ten najlepszy. Co ciekawe, przez dłuższy czas przekonany byłem, że Luda nagrał ten mixtape na oryginalnych bitach. Ogromny szok przeżyłem, gdy mój przyjaciel uświadomił mi, że taki np. „Muthaf*cka Can U Buy That” „ukradziony” jest w całości (łącznie z intrem) od Killer Mike’a (btw. stwierdziłem ostatnio, wbrew powszechnej opinii, że jest to jeden z najsłabszych raperów – wsłuchajcie się kiedyś w jego teksty – co za dureń…). Powstaje więc pytanie, ile bitów zostało wziętych od innych wykonawców. Może cała płyta? Na tym jednak mixtape’y w swej klasycznej odsłonie polegają, więc zdania nie zmieniam - „1.21 Gigawatts: Back To The First Time” to najlepsze wydawnictwo tego typu w 2011 roku.

Na oryginalnych – i to w dodatku swoich – bitach mixtape nagrał Big K.R.I.T., a „Return Of 4Eva” został wyróżniony w wielu zestawieniach tego typu. Bardzo lubię gościa, ale w wychwalaniu go pod niebiosa na razie jestem ostrożny. Gdy wyda już album i przestanie brzmieć jak Pimp C, zacznę traktować chłopaka poważnie.

3. Niezależne wydawnictwo – Brotha Lynch Hung – „Coathanga Strangla”



Wybranie najlepszego niezależnego wydawnictwa tego roku nie było łatwe, choć oprócz dwóch płyt E-40, obracalibyśmy się tutaj raczej wyłącznie w kręgu wytwórni Strange Music. Żaden jednak inny album z tej kategorii nie porwał mnie w zeszłym roku tak, jak „Coathanga Strangla” Brotha Lynch Hunga. Nie licząc wcześniejszych płyt tego wykonawcy, ja sam niewiele razy w moim życiu zetknąłem się z gatunkiem rapu, jakim jest horrorcore. Zajarany wydawnictwem Braciszka, zacząłem jednak sięgać do klasyków gatunku i stwierdziłem, że jest to raczej żenka, a pochodzący z Sacramento członek Strange Music przeniósł ten styl na zupełnie inny poziom, nieosiągalny dla pozostałych graczy. „Coathanga Strangla” to wydawnictwo kompletne. Produkcje są bardzo klimatyczne, niejednokrotnie mocno bangerowe i stanowią znaczący plus albumu. Niemniej jednak, królem jest tutaj MC czyli Brotha Lynch Hung. Zacząć trzeba od tego, że ten posiadający z pewnością nierówno pod sufitem pan, ma bardzo przyjemny głos, rewelacyjny giętki flow, bardzo dużą sprawność w składaniu rymów i niesamowity talent do story-tellingów. Tak naprawdę, zakładając, że nie zna się angielskiego, czy nie wsłuchuje w tekst, można zapuścić sobie tę płytę przy niedzielnym obiedzie i mieć dużą przyjemność z jej odsłuchania. Polecam jednak udać się w nocy w jakieś ciemne i odludne miejsce, wsłuchać w nawijki Braciszka, a wrażenia będą gwarantowane. Sam kiedyś czekałem późną porą na Ziomka na boisku za szkołą, słuchając albumu „Coathanga Strangla” i z ulgą przeczytałem smsa, w którym ten poprosił o zmianę miejsca ustawki (true story). O czym więc opowiada nam Brotha Lynch Hung? Pomijając wszechobecny kanibalizm, nekrofilię, czy gwałt, w "The Coathanga" przykładowo słyszymy o zabawach piłą elektryczną z mózgiem ofiary, a także o tym, że raper spowodował tyle krwi, że można nią zapełniać całe baseny. Dość charakterystyczne to bragga. „ICU” natomiast to mrożący krew w żyłach story-telling, w którym Braciszek opowiada o tym, że dokładnie Cię obserwuje, dopadnie Cię, gdy zaśniesz na sofie, Twoją dziewczynę udusi, a potem zgwałci. Tobie natomiast utnie nogi i będzie to dopiero początek piekła, jakie nad Tobą rozpęta. Przyjemniaczek c’nie? Najbardziej reprezentatywnym dla albumu i jednocześnie chyba najlepszym trackiem jest natomiast „Friday Night”. Kawałek o takim tytule, nagrany przez Snoop Dogga, czy Lil Wayne’a, mówiłby zapewne o tym, że jeden z drugim wsiada do swojej wypasionej fury, pali grubego jointa, upija się Nuvo na imprezie i wraca z trzema panienkami do swojego apartamentu. Nuuuda. Co robią Brotha Lynch Hung i jego kompan COS? Nic nadzwyczajnego – mordują całą rodzinę, rozczłonkowują ciała, jedzą je i jeszcze kilka innych rzeczy, za które czeka wycieczka prosto do piekła…

Część czytelników prawdopodobnie właśnie złapała się za głowę, zastanawiając się, jak można tak entuzjastycznie podchodzić do wydawnictwa tego typu. Otóż można. Pomijając wcześniej opisane zalety natury technicznej (produkcje, flow, rymy), Brotha Lynch Hung jest w tym co robi autentyczny i w żadnym wypadku nie zbliża się nawet do granicy kiczu. O jego tekstach można by pisać jeszcze długo, gdyż tak naprawdę prawie każdy z nich zasługuje na uwagę. Ich poziom jest naprawdę wysoki – przytoczmy chociażby moją ulubioną linijkę ze wspomnianego „Friday Night”, będącą genialnym follow-upem – „I Just murdered a whole family, bodies was droppin’ like dominos”. Albumu „Coathanga Strangla” słucha się jak muzycznego zapisu chorych jazd mordercy-psychopaty, a dla mnie jako fana literatury kryminalnej, jest to wyjątkowo smakowity kąsek (w kontekście tekstów Braciszka, brzmi to co prawda niezbyt fortunnie…). Ok, są na płycie 2, może 3 mniej trafione tracki. Całość jednak robi wrażenie piorunujące. Nie rażą nawet pojawiające się w dużej ilości skity, czy liczni goście. Jeśli chodzi o pierwszy aspekt – świetnie uzupełniają całość, są niesamowicie zagrane i dodają płycie niepowtarzalnego klimatu. Gości natomiast na pierwszy rzut oka jest faktycznie bardzo dużo, lecz lwia część ich występów to skity właśnie. Jeśli chodzi o zwrotki – tutaj niepodzielnie dominuje Brotha Lynch Hung.

Uff, rozpisałem się, a to dlatego, że z niewiadomych przyczyn nie zdecydowałem się swego czasu na recenzję albumu „Coathanga Strangla”. Tymczasem jest to moim zdaniem pozycja obowiązkowa dla każdego, również dla osób, które tak jak ja, nie przepadają za horrorcore’em.

4. Pozytywne zaskoczenie – M.O.P. – „Sparta”



Bywa czasem tak, że wykonawcy niegdyś popularni, po których obecnie nie oczekujemy niczego więcej poza wydawaniem niezależnych albumów, do których sięgnie tylko kilku ich ziomków i mama, nagle powracają w wielkim stylu i jest to ogromne zaskoczenie dla każdego ex-fana. W 2011 roku do tej kategorii należał bez wątpienia duet M.O.P.. Chłopaki nie mieli wydawniczo łatwego życia. W 2000 roku osiągnęli spory sukces wraz z płytą pt. „Warriorz”, ale późniejsze wydawnictwa to z punktu widzenia komercyjnego jedno wielkie pasmo porażek. Billy Danze i Lil Fame byli nawet swego czasu członkami G-Unit, gdzie jednak nie udało im się wydać niczego konkretnego. Co ciekawe, sądząc po tym, co mówią w wywiadach, nie mają nawet o to do 50 Centa specjalnych pretensji. Jakby nie było, M.O.P. weszło we współpracę z niemieckim kolektywem producenckim o nazwie Snowgoons, a we mnie, choć do patriotów nie należę, wzbudziło to jakiś, wrodzony chyba, sprzeciw. „Sparta” dostępna była zdaje się tylko w Internecie i oczywiście przeszła zupełnie bez echa. Ja postanowiłem zwrócić Wam na ten album uwagę. Niemcy świetnie wczuli się w brudny, nowojorski klimat, a M.O.P. niespodziewanie wydało jedną z lepszych płyt w swojej karierze. Jeśli wiec dotychczas nie sięgnęliście, zachęcam, by jak najszybciej tę zaległość nadrobić. Wady? Chyba tylko krótki czas trwania albumu – 10 tracków i niecałe 34 minuty.

5. Niezależny raper – Tech N9ne

W zeszłym roku we wspólnym podsumowaniu w kategorii niezależny raper wygrał u nas E-40. Trudno bowiem nie docenić tego, co robi ten koleś. Przez dwa lata z rzędu wypuszczał po dwie płyty tego samego dnia, a na 2012 zaplanował sobie nawet 3 wydawnictwa. Nie da się ukryć, że 40 Water był znaczącym graczem dla rapu minionych 12 miesięcy. „Revenue Retrievin': Overtime Shift” i „Revenue Retrievin': Graveyard Shift” to płyty świetne, w których ilość bangerów jest tak duża, że nawet niejeden fan takiej stylistyki może poczuć przesyt. Może dlatego właśnie zdecydowałem się na innego wykonawcę. Jest nim, jak zdążyliście się już zorientować, Tech N9ne i tak naprawdę wyboru tego nie trzeba tłumaczyć. Spróbujmy jednak. Tecca Nina to być może najlepszy technicznie raper w historii tej muzyki. Ciekawym jest, że wielu wykonawców hiphopowych zaczynało swoją karierę tekstowo z bardzo wysokiego poziomu (wspomnijmy chociażby Fabolousa, czy na polskim gruncie – Don Guralesko), lecz dość szybko tracili pomysły i z płyty na płytę coraz bardziej upraszczali warstwę liryczną tekstów (nasz rodak zszedł nawet na poziom żenujący). Tech N9ne odkąd wiele lat temu wyrobił sobie niesamowity flow i technikę podwójnych, potrójnych i siedmiokrotnie złożonych rymów, nieprzerwanie trzyma poziom. A powiedzieć trzeba głośno, że pan Yates nagrywa płyty masowo. Doprawdy nie wiem, skąd bierze pomysły na kolejne konstrukcje słowne i zrzucić to można chyba tylko na wrodzony geniusz oraz kontakt z transcendencją, który osiąga dzięki licznym używkom.

Tech N9ne w 2011 roku był nie tylko wydawcą wielu świetnych płyt, ale również autorem dwóch własnych albumów. „All 6's And 7's” to wypuszczona niezależnie ale bardzo mainstreamowa przygoda rapera. Na albumie swoich zwrotek użyczyły takie gwiazdy jak: B.O.B, Busta Rhymes, Twista, Yelawolf, Lil Wayne, T-Pain, E-40, czy Snoop Dogg, a podkłady dostarczył m.in. kolektyw J.U.S.T.I.C.E. League. Płyta dobrze się sprzedała i choć jest bez dwóch zdań co najmniej przyzwoita, nie do końca spełniła moje oczekiwania. Nie widać w niej jakiegoś głębszego pomysłu, a sam Tecca Nina gubi się trochę pośród niezliczonej ilości gościnnych zwrotek (duży udział mieli również wykonawcy Strange Music). Magię Tech N9ne stworzył jednak przy okazji „Welcome to Strangeland”. Album wnikliwie na blogu opisał Arek, a że zgadzam się z prawie każdym słowem tej recenzji, nie będę się po nim powtarzał. Napiszę tylko, że jeśli ktoś owej płyty nie słyszał, powinien nadrobić tę zaległość jeszcze dzisiaj.

Mam nadzieję, że to wystarczające usprawiedliwienie mojej decyzji. Niesamowicie utalentowany raper, będący mimo upływu lat w świetnej technicznie formie, autor dwóch albumów – jednego przyzwoitego i jednego rewelacyjnego, CEO wytwórni Strange Music będącej prawdziwą fabryką dobrego rapu – kto inny mógłby zasługiwać na miano niezależnego wykonawcy roku?

Jeśli ktoś nie jest jeszcze zaznajomiony z twórczością Tech N9ne’a, niech sprawdzi ten numer, który choć jest ciut starszy, bardzo się nim w 2011 jarałem:



6. Wytwórnia – Strange Music



Nietrudno się zorientować, że dotychczasową część podsumowania zdominowała jedna wytwórnia – Strange Music. Tak naprawdę punkty numer 1,3 i 5 są dostatecznym wyjaśnieniem mojego wyboru w tej kategorii. Podsumujmy jednak. W zeszłym roku jako najlepszą wytwórnię wybraliśmy Young Money. Tak naprawdę nie można wtedy było podjąć innej decyzji. W tym roku Lil Wayne, Birdman i spółka również nie próżnowali. Ukazały się w końcu platynowe albumy samego Weezy’ego i Drake’a oraz najlepiej sprzedająca się płyta w karierze DJa Khaleda. Niemniej jednak, Young Money nie przebiło, a nawet nie dorównało wynikowi z 2010, wiec wyróżnianie tego labelu byłoby raczej bezcelowe. Strange Music natomiast zanotowało najlepszy rok w swojej karierze. Wytwórnia ta jako jedyna dawała nam gwarancję, że regularnie wydawać będzie przebangierzone płyty, które pojawią się w sklepach bez jakichkolwiek opóźnień. Pod szyldem Strange Music ukazały się m.in. rewelacyjne albumy „Welcome to Strangeland” i „Coathanga Strangla”, świetna EPka „S.I.C.” Krizza Kaliko i dobra „Red Headed” Kutta Calhouna, naprawdę solidne wydawnictwo „Damn Fool” Big Scooba, czy zaskakująco przyzwoita produkcja „Preserved” ex-członka No Limit – pochodzącego z Baton Rouge Young Bleeda. Jedyną osobą, która tak naprawdę zawiodła (i tu współautor Bang Time na pewno się nie zgodzi), jest Jay Rock. W moim odczuciu album ten prezentuje niecodziennie niski poziom, ale jego wydanie nie zmienia faktu, że Strange Music jest przyszłością bangerowego rapu. Panowie robią swoje, wydają niezależnie nie oglądając się na nikogo, a frontman ekipy – Tech N9ne – potrafi osiągać spore sukcesy komercyjne. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że chłopaki nigdy nie wybiorą drogi mainstreamowej.

Żeby nie było tak słodko, teraz czas na wyróżnienia z kategorii negatywnych:

7. Najbardziej przewartościowany raper - ex aequo – Wiz Khalifa i Tyler, The Creator

Pierwsza i ostatnia kategoria, w której wyróżniam dwóch wykonawców, ponieważ po prostu nie mogłem się zdecydować. Czas na kilka słów prawdy na temat raperów, którzy zostali pokochani nie tylko przez publiczność, ale również (o zgrozo!) przez krytykę. No to lecimy.

Wiz Khalifa to autor albumu pt. Rolling Papers, którego najlepszym aspektem jest bez wątpienia okładka. Cover płyty to dzieło oryginalne, niepokojące i wykonane na wysokim technicznie poziomie. Niestety żadnego z tych epitetów nie da się użyć w kontekście całego albumu, na którym są dwa dobre tracki, a poza tym wieje nudą bardziej niż na Google+. Śmiać mi się chce z polskiej krytyki muzycznej, która album „Rolling Papers” pokochała, opisując go w taki sposób, że ja sam mam wrażenie, iż słuchałem czegoś zupełnie innego. Zachęcam więc jednego z drugim natchnionego recenzenta, by zajrzeć sobie do portali amerykańskich. Tam Wiz Khalifa został oceniony jak należy, zbierając w najlepszym wypadku opinie średnie. Na portalu Rapreviews.com (o czy wspominałem już w recenzji, ale z nieskrywaną satysfakcją to powtórzę) warstwa liryczna dzieła Wiz Khalify została oceniona niżej niż skille Gucci Mane’a na "The Return of Mr. Zone 6". Trudno się z tym nie zgodzić. Wiz Khalifa nie ma charyzmy, nie ma flow i nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Polscy recenzenci nie zauważyli chyba, że na tych sentymentalnych do porzygania podkładach Wiz Khalifa nie porusza problemów społeczno-ekonomicznych czarnych społeczności w Stanach Zjednoczonych i nie zaskakuje konceptami, lecz nawija o… jaraniu trawy. Czasem przejdzie do tego, jak jest bogaty, by potem stwierdzić, iż jego życie jest fajne, ażeby końcowo dać nam do zrozumienia, jak bardzo kochają go kobiety. Po napadzie kreatywności następuje jednak powrót do codzienności i kolejna wzmożona chęć opowiedzenia nam tego, jak bardzo raper jest zjarany. Powstaje więc pytanie, czemu tematykę tego typu można wykorzystać jako zarzut przeciw większości raperów z Południa, a w przypadku Wiz Khalify (pochodzącego „nota bene” z Pittsburgha – od kiedy tam powstaje rap?) wychwala się go pod niebiosa? Żeby jeszcze miał on fajne rymy. Ja sam stawiam czteropak każdemu, kto pokaże mi 5 ciekawych konstrukcji słownych na „Rolling Papers”. Nikt tego oczywiście nie zrobi, bo Wiz Khalifa technicznie jest niżej nie tylko od wspomnianego Gucci Mane’a, ale nawet i Soulja Boya. Sorry Winnetou, ale takie są fakty.

Tyler, The Creator natomiast to człowiek, którego sama ksywka podnosi mi ciśnienie bardziej chyba nawet niż rowerzyści popierdzielający po chodnikach. Tutaj jednak problem jest trochę bardziej złożony. Album „Goblin” został dobrze przyjęty nie tylko przez polskich recenzentów-idiotów, ale również krytykę w USA i wielu innych krajach świata. Jakby jednak nie było, fakty przedstawiają się następująco - Tyler, The Creator ma jeden pomysł na sukces – być kontrowersyjnym. Artysta (LOL) zagubił nam się między szokowaniem a’la horrorcore, zaskakiwaniem niczym Eminem i jakimiś swoimi zupełnie dziwnymi jazdami, których tak naprawdę nie można usprawiedliwić żadną konwencją. Spójrzmy jednak prawdzie w oczy. Czy Tyler, The Creator ma flow? Nie ma w ogóle, a w tym aspekcie kilka oczek wyżej znajduje się nawet Birdman. Czy Tyler, The Creator ma fajne teksty? Na pytania retoryczne się nie odpowiada, więc drugi raz tego błędu nie popełnię. Czy Tyler, The Creator ma dobre podkłady? Mówiąc szczerze, nie wiem, bo przy każdej próbie przesłuchania albumu „Goblin” wysiadałem na 4-5 tracku… Może i gość ma fajny głos, ale na tym tylko aspekcie nie da się nawet zbudować kariery radiowca, a co dopiero rapera. Jest wszakże pan Tyler autorem jednego z lepszych punchy 2011 roku – „Rape a pregnant bitch and tell my friends I had a threesome”, lecz na tym jego zasługi dla rapu się kończą. Jeśli więc ktoś się jara, mam przykrą informację – wizyta u laryngologa zalecana.

8. Zawód – Yelawolf – „Radioactive”



Yelawolf to autor bardzo dobrej płyty pt. „Trunk Muzik 0-60”. Trudno nie jarać się tym wydawnictwem. Co prawda, sam mistrz ceremonii nie może się na nim jeszcze zdecydować, czy bardziej chce brzmieć jak Pimp C, czy Eminem, niemniej jednak jest to album naprawdę bardzo dobry. Weźmy za przykład takie "Daddy's Lambo". Numer ten ma wszystko, czego oczekuję od bangera. Nie licząc bujającego bitu, mamy tutaj do czynienia z ciekawym pomysłem na tekst, dobrymi rymami i charyzmą w wykonaniu. Nic dziwnego, że „Trunk Muzik 0-60” rozgrzało moje oczekiwania co do Yelawolfa, które zostały spotęgowane tylko faktem, że swój mainstreamowy debiut miał on wydać w Shady Records. „Radioactive” była jedną z bardziej oczekiwanych przeze mnie płyt 2011 roku. Na albumie jednak, zamiast chorych jazd białego rapera pochodzącego z wioski położonej na południu USA, otrzymałem marnej jakości popowe pitu-pitu. Tak naprawdę na tym zdaniu mógłbym zakończyć te rozważania. Owszem, „Radioactive” ma mocne momenty, jak np. singlowe "Hard White (Up in the Club)", czy “Get Away” z gościnną zwrotką Mystikala. Nie zmienia to jednak faktu, że autor płyty poszedł w totalną komercję i to w dodatku w złym tego słowa znaczeniu. Sam album, jak na ironię, sprzedał się mocno przeciętnie – w 7 tygodni osiągnął pułap 91 000 egzemplarzy. Mnie pozostaje tylko napisać – Yelawolf – dobrze Ci tak. Żeby jednak wszystko było jasne – tu nie chodzi o to, że „Radioactive” nie spełniło moich wygórowanych oczekiwań. Ten album jest naprawdę bardzo słaby. Gównianych piosenek dla panienek nie ratuje nawet skit z Eminemem, który pojawia się na końcu tracku pt. „Throw It Up”. Gdyby numer tego typu pojawił się tutaj jeden, szczerze bym się uśmiechnął. Jako że jest to co najmniej połowa płyty – uznaję Yelawolfa za zawód 2011 roku.

9. Najgorsza okładka – coming soon

No to wracamy do propsowania…

10. Debiut – Meek Mill

No dobra, zdaję sobie sprawę, że Meek Mill nie jest debiutantem z prawdziwego zdarzenia. Nie wydał on w końcu długogrającego solowego albumu. Pytanie – i co z tego? Nie zmienia to bowiem faktu, że stał się on postacią znaczącą na amerykańskiej scenie hiphopowej i tak naprawdę najbardziej zasłużył na to wyróżnienie. No bo o kim miałbym w tym momencie wspomnieć? Chyba nie o Big Seanie, który jest podróbką marnego w oryginalne Drake’a, czy o J. Cole’u, którego druga połowa albumu zamula bardziej niż proza Orzeszkowej? A może o Mac Millerze, który ma na swojej płycie 1 (słownie: JEDEN) fajny kawałek? Nigga please…

Meek Mill wypłynął na składance Maybach Music pt. „Self Made Vol. 1”. Już na tym wydawnictwie słychać było, że chłopak, nie licząc Rick Rossa, ma w całej ekipie największy potencjał. Ten raper pochodzący z Filadelfii potrafi składać przyzwoite rymy i lubi nagrywać bangery, ale jego największym atutem jest bez wątpienia rewelacyjny, dynamiczny i agresywny flow. Gdy Meek Mill zaczyna rapować, po prostu słychać w nim pasję, która łatwo udziela się słuchaczom. Wykonawca jest dodatkowo autorem jednego z gorętszych kawałków mijającego roku pt. „Ima Boss”. Nie czepiajmy się więc słówek. Znaczący udział na mainstreamowej składance „Self Made Vol. 1”, dobry mixtape pt. „Dreamchasers” i liczne featuringi również u graczy ze ścisłej czołówki rap biznesu – to chyba wystarczy, by uznać Meek Milla za debiutanta roku 2011. Zwłaszcza, że w 2010 jeszcze nikt o nim nie słyszał.



11. Odkrycie – Tity Boi a.k.a. 2 Chainz

Wspomniany chwilę temu Meek Mill mógłby spokojnie podchodzić również i pod tą kategorię. Stworzyłem ją jednak głównie po to, by wyróżnić konkretnego rapera, który w 2011 wylansował się jak nikt inny, a do debiutantów w żadnym wypadku zaliczyć go nie można. Chodzi o połówkę składu Playaz Circle – Tity Boia, który ostatnio określa się ksywką 2 Chainz. Gość jest bez wątpienia fenomenem w świecie hiphopu. Nie oszukujmy się bowiem – 2 Chainz nie ma porywającego flow, a i tekstowo, choć progres jest zauważalny, specjalnie nie powala („when we had sex I was in the Mercedes and I ain't crazy, but if that's my baby, then we gonna have to name the lil' baby Mercedes” – LOL). Niemniej jednak, frontman Playaz Circle wylansował nam się na niezwykłą skalę, niczym swego czasu Bun B, występując gościnnie u wszystkich chyba puszczanych przez Bang Time raperów. Zwieńczeniem udanego roku było wydanie mixtape’u pt. „T.R.U. REALigion”, przebangierzonego wydawnictwa, na którym z kolei to 2 Chainz zebrał śmietankę najlepszych gości i producentów. Raper przechwala się, że na projekcie tym zarobił całkiem niezłą sumę pieniędzy, a przedstawiciele wytwórni dzwonią do niego cały czas. Najbliższe miesiące pokażą, czy Tity Boi, używając nowej ksywki (ponoć bardziej przyjaznej dzieciom), zrobi karierę w świecie mainstreamu. Jakoś trudno mi w to uwierzyć, ale wszystko wskazuje, że może się udać.

Jeśli natomiast kogoś denerwuje flow rapera polegający na wykrzykiwaniu zdań jakby od niechcenia, bez zbędnych kombinacji i powtarzanie z uporem maniaka swojej ksywki, niech chociaż doceni jego charakterystyczny swag:



12. Zwrotka – Busta Rhymes – “Look At Me Now”

Busta Rhymes był w zeszłym roku silnym kandydatem do miana autora najlepszej zwrotki, lecz zdecydowaliśmy się wspólnie wyróżnić jednak rewelacyjny występ Nicki Minaj w “Monster”. 2011 należał już bez wątpienia do rapera z Nowego Jorku. Pół żartem, pół serio napisać można, że gdyby kategoria obejmowała 10 najlepszych zwrotek tego roku, i tak zapełniłby ją w całości właśnie Busta Rhymes. Raper zachwycił nas na początku roku występem w numerze “Look At Me Now” Chrisa Browna. Ba! Nie tylko nas. Nawet osoby na co dzień rapu nie słuchające musiały docenić ten występ. Busta Rhymes pokazał bowiem dobitnie, kto jest najszybszym mainstreamowym raperem na świecie i sprawił, że nie tylko Chris Brown, ale i Lil Wayne wypadają w tym kawałku zupełnie blado. Frontman Flipmode Squadu, choć szybkie nawijanie było obecne w jego karierze już wiele lat temu, w 2011 szczególnie upodobał sobie taki właśnie styl rapowania i nawinął jeszcze kilkanaście podobnych zwrotek. Nie da się ukryć, że w trakcie minionych 12 miesięcy zapraszanie Busty do udzielenia gościnnego występu było samobójstwem w przypadku co najmniej 90 procent raperów. Jeśli więc uważasz, że zwrotką roku jest występ jakiegoś undergroundowego truskula, który ma na świecie 5 fanów, zapuść sobie “Look At Me Now” i zadaj pytanie, czy Twój ulubiony wykonawca tak potrafi.



Inna sprawa, że denerwowała mnie już w pewnym momencie moda na szybkie nawijanie i cieszył fakt, że zniknęła chyba tak szybko, jak się pojawiła. Był jednak w 2011 okres, kiedy to karierę w Internecie robiły filmiki pokazujące coraz to szybszych „raperów”, a o całym procederze powstawały nawet reportaże w radiach. Sprowadzało to jednak rap do jakiejś tylko ciekawostki kulturowej i rzemiosła, którego można się nauczyć, niczym żonglowania. Busta, Twista, Krayzie Bone, Tech N9ne – ci kolesie nie tylko nawijają szybko, ale mają również flow, rymy i coś ciekawego do powiedzenia. Pierwszy lepszy białas z Internetu, który myśli, że nawinie zwrotkę w szybkim tempie i będzie fajny – tak naprawdę jest tylko rzemieślnikiem. Nie ma się więc czym podniecać.

13. Kolabroacja – Tech N9ne –“Worldwide Choppers” (featuring Busta Rhymes, Ceza, D-Loc, JL of B. Hood, Twista, Twisted Insane, U$O & Yelawolf)

To już ostatnia kategoria, której zwycięzca związany jest z wytwórnią Strange Music. Niemniej jednak, w podsumowaniu 2011 roku dla kawałka „Worldwide Choppers” nie mogło zabraknąć miejsca. Featuringi związane są z rapem od zawsze, lecz tak naprawdę dopiero kilka lat temu powstała moda na nagrywanie numerów (często remixów) z dużą ilością gościnnych występów i to w dodatku wykonawców z najwyższej półki. W podsumowaniu 2010 ze względu na ramy czasowe audycji, nie pojawiła się taka kategoria. Myślę jednak, że wygrałby wtedy remix numeru „All I Do Is Win”. Prawie wszyscy występujący tam raperzy nawinęli jedne z lepszych zwrotek w karierze i całość robiła wrażenie piorunujące. Remix pierwszego singla DJa Khaleda z 2011 – „Welcome To My Hood” – aż tak porywający nie był. Owszem – Luda, T-Pain, Twista i Busta stworzyli magię, ale potem całość zaczyna być mecząca. Kolaboracją roku uznaję więc bez większych wątpliwości numer pt. „Worldwide Choppers”. Kawałek ten z założenia miał być popisem szybkiego rapowania. Udało się jednak stworzyć coś więcej – jeden z lepszych tracków minionego roku, w którym radę dały nawet te no-name’y. Jeśli jednak chodzi o czterech głównych MC’s, trudno tak naprawdę jednoznacznie określić, kto zanotował występ najlepszy. Na pewno nie Yelawolf, który ewidentnie w tym tracku odstaje. Czy będzie to jednak Tech, Busta, czy Twista? Po głębokim zastanowieniu i analizie stawiam na założyciela Strange Music. Tech N9ne nie tylko nawija szybko, ale prezentuje nam około 8 różnych rodzajów flow i sypie wielokrotnie składanymi rymami jak z rękawa. Tecca Nina zostaje tym samym jedynym z nielicznych raperów, którzy w 2011 roku wypadli na jednym tracku lepiej od Busta Rhymesa.



14. Teledysk - "Monster" - Kanye West (featuring Jay-Z, Rick Ross, Nicki Minaj & Bon Iver)

W przypadku kategorii, jaką jest najlepszy teledysk roku, miałem nie lada problem i werdykt może wydać się trochę naciągany. „Monster” trafił w końcu do sieci pod koniec 2010 roku. Był to jednak nieoficjalny przeciek, a właściwą premierę klip zanotował dopiero w czerwcu 2011. Ja sam przejrzałem dokładnie bloga, szukając teledysków, które zamieściliśmy w ciągu minionych 12 miesięcy. Z przykrością stwierdzić muszę, że o ile w poprzednim podsumowaniu mieliśmy nie lada dylemat (ze zwycięskim „Hello Good Morning” mocno konkurowały takie produkcje jak „Kush”, „Fire Flame”, czy „The Way You Love Me”), tak w 2011, choć pojawiło się kilka fajnych klipów, żaden nie był tak naprawdę dziełem wybitnym. Na tym tle wyróżnia się „Monster” właśnie. Teledysk ma pomysł, jest wysokobudżetowy i dobrze zrealizowany. Wzbudził dodatkowo niemałe kontrowersje. Feministki, które nigdy nie grzeszyły inteligencją, ale teraz już kompletnie zidiociały, zarzuciły twórcom, że klip ów jest mizoginistyczny i zachęca do przemocy wobec kobiet. Jest to najdurniejsza interpretacja 2011 roku jaką słyszałem zaraz obok rzekomej deklaracji oddania suwerenności w przemówieniu Sikorskiego.



Jeśli chodzi natomiast o pozostałe teledyski godne uwagi, wyróżnić trzeba tutaj takie produkcje jak: “F.A.M.E.” (Young Jeezy), “Ima Boss” (Meek Mill), “Daddy’s Lambo” (Yelawolf), “Welcome To My Hood” (DJ Khaled), “Look At Me Now” (Chris Brown), “All I Know Is Hood” (Big Scoob), “6 Foot, 7 Foot” (Lil Wayne), czy “On My Level” (Wiz Khalifa).

No to czas na najważniejsze kategorie.

15. Album R&B – Lloyd – „King Of Hearts”



Jeśli chodzi o najlepszy album R&B, Lloyd nie miał w moim odczuciu konkurencji. Co ciekawe, nie dlatego, że nagrał dzieło wybitne, ale dlatego, że R&B to muzyka, która praktycznie już nie istnieje i w ciągu ostatnich dwóch lat notuje jedynie ostatnie podrygi i próby ratowania gatunku. Wykonawcy z tego kręgu zapomnieli, skąd styl ten się wywodzi i ambitne tekstowo utwory wykonane na wysokim poziomie wokalnym zamienili na nudne popowe pościelówy. Zawodzą zarówno nowi wykonawcy, którzy nie mają kompletnie nic ciekawego do pokazania (eksploatując często przebrzmiałego już trochę Auto-Tune’a), jak i weterani sceny. Owszem, standardowego albumu R&B, jaki ukazał się w 2011 roku, da radę posłuchać podczas figli z kobietą (o ile można wtedy w ogóle mówić o słuchaniu), ale na tym jego zastosowanie się kończy. Zapuszczenie takiej płyty w innych okolicznościach może zakończyć się szybkim napadem senności, czy wręcz utratą chęci do życia. Na tym tle w pewnym stopniu wyróżnił się Lloyd. Kawałki na „King Of Hearts” zostały nagrane z jajem; pojawiają się tutaj naprawdę bujające sentymentalne tracki jak np. „This Is 4 My Baby”, dynamiczne utwory do samochodu w stylu „Bang!!!!”, czy nawiązania do klasyki, jak przy okazji genialnego „Dedication to My Ex (Miss That)". Tak naprawdę, gdyby przeciętne wydawnictwo R&B nie schodziło poniżej poziomu płyty „King Of Hearts” byłbym z tej muzyki zadowolony. Niestety jednak płyta Lloyda była w 2011 roku najlepsza, co jest bardzo złym prognostykiem na najbliższe miesiące, czy nawet lata.

16. Album rap – Snoop Dogg – „Doggumentary”



Wyróżnienie najlepszego rapowego albumu 2011 było dla mnie nie lada kłopotem. Nie pojawiła się bowiem w tym okresie żadna płyta, którą uznałbym za dzieło ponadczasowe i absolutny klasyk. Spośród kilkunastu naprawdę mocnych wydawnictw żadne tak naprawdę do końca mi tutaj nie pasowało. Nie da się bowiem ukryć, że wiele mixtape’ów prezentowało wyższy poziom niż niejeden wydany oficjalnie album, lecz w tej kategorii nie ma dla nich raczej miejsca. Być może mógłbym tutaj zamieścić wyróżnionego wcześniej Brotha Lynch Hunga, którego płyta jednak odcisnęła na hiphopie 2011 roku zbyt małe piętno, by można było mówić o zwycięstwie w tej kategorii. Nie można zapominać o projekcie pt. „Welcome To Strangeland”, który zjada większość płyt wydanych w tym okresie, ale również znaczącego zamieszania nie spowodował. Może również warto byłoby przemyśleć kandydaturę WC, którego „Revenge of the Barracuda” to wysokiej jakości zbiór westcoastowych bangerów? Kategoria album roku jest dla mnie jednak swego rodzaju kompromisem pomiędzy sukcesem komercyjnym krążka, odzewem, jaki wywołał, całokształtem twórczości autora i oczywiście poziomem technicznym. Wziąwszy pod uwagę wszystkie te aspekty, postanowiłem wyróżnić Snoop Dogga i jego „Doggumentary”.

Nie będę tego krążka teraz recenzował, gdyż robiłem to tuż po premierze, a artykuł ów znaleźć można tutaj. W skrócie napiszę tylko, że „Doggumentary” to wysokiej klasy połączenie tradycyjnego G-Funku, gangsta rapu, nowoczesnych bangerów i autorskich jazd samego Snoopa. Raper pomimo upływu lat i faktu, że w chwili obecnej brzmi dokładnie tak samo, jak wtedy gdy debiutował, cały czas potrafi nagrywać bujające kawałki i zachwycać lekkością swojego stylu. „Doggumentary” ma tak naprawdę dwie wady – nieprzemyślaną kolejność utworów i zbyt dużą ilość tracków, które znaliśmy na długo przed premierą (nie ze względu na przecieki internetowe, ale chociażby zamieszczenie ich na oficjalnym mixtapie). Cały album mocno buja i choć nie nazwałbym go klasykiem, czy nawet najlepszą płytą Snoop Dogga, jest moim zdaniem najbardziej znaczącą premierą 2011 roku.

17. Banger R&B – Lloyd - „Dedication to My Ex (Miss That)"

Tak to się złożyło w tym roku, że zarówno najlepszy banger R&B, jak i banger rap, pochodzą z wyróżnionych przeze mnie wcześniej płyt. „Dedication to My Ex (Miss That)" to numer, który porwał mnie jeszcze wtedy, gdy odnalazłem gdzieś w Internecie jego niepełną i niezmiksowaną wersję beta. Z niecierpliwością oczekiwałem wersji ukończonej, w której pojawił się oprócz Lil Wayne’a (mówiącego jedynie coś na początku i pojękującego przez cały kawałek) członek Outkastu – Andre 3000. „Dedication to My Ex (Miss That)" to rewelacyjne nawiązanie do klasyki gatunku i numer, który gdyby nie goście, nowoczesny mix i mastering, oraz nagminne powtarzanie słowa pussy, można by posądzić o powstanie kilkadziesiąt lat temu. Życzyłbym sobie i innym słuchaczom, żeby track ten wywołał modę na nagrywanie w takiej właśnie stylistce. Pomimo tego jednak, że klip do utworu śmiga ponoć po komercyjnych telewizjach, Lloyd ma chyba niestety zbyt małą siłę przebicia, by móc stać się trendsetterem. A szkoda.



18. Banger rap – Snoop Dogg – „Boom”

O ile genialnych w całości płyt 2011 rok nam nie przyniósł, tak kandydatów do miana bangera roku w specjalnym folderze na dysku miałem sporo. Z powodzeniem wyróżnić mógłbym tutaj takie tracki jak:

- Layzie Bone – „If I Can’t Do It”
- DJ Khaled – “Welcome To My Hood” (feat. Rick Ross, Plies, Lil Wayne, T-Pain)
- Mann – “Get It Girl” (feat. T-Pain)
- Krizz Kaliko – “Down” (feat. Tech N9ne)
- T-Pain – “Bottlez” (feat. Detail)
- Meek Mill – “Ima Boss” (feat. Rick Ross)

Czy właśnie tegorocznego zwycięzcę najbardziej prestiżowej kategorii w Bang Time – „Boom” Snoop Dogga i T-Paina. Co przeważyło? Głównie to, że jak podaje mój Last.fm, tracku tego w ciągu minionych 12 miesięcy słuchałem najczęściej. „Boom” to bowiem rewelacyjny club-banger na ciekawym bicie Scotta Storcha, w którym Snoop jedzie wyjątkowo jak na siebie dynamicznie, uzupełniając produkcję lekko płynącym, elegancko złożonym tekstem, a całości uroku dodaje genialny w swej prostocie refren T-Paina. Panie i panowie, oto najlepszy banger roku 2011:



Wypadałoby napisać teraz podsumowanie podsumowania, jednak wziąwszy po uwagę długość artykułu, będzie to raczej bezcelowe, bo większość z Was i tak już dawno się poddała. Wiedziałem, że się rozpiszę, ale to, co stworzyłem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Dziękówki i propsy dla wszystkich, którzy dotrwali do końca. Komentarze i polemika wskazane. Peace!

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Osobiscie uwazam, ze Be The One > Dedication to my ex

Anonimowy pisze...

Popieram ziomka.
Be The One better.

Anonimowy pisze...

Więcej piszcie takich artykułów ,recenzujcie płyty piszcie o artystach ,bo ciężko z samej wikipedii czegokolwiek się dowiedzieć.

Ps.a może coś o klasykcha RnB ?

Pozdro

Prześlij komentarz