wtorek, 17 stycznia 2012

Podsumowanie roku 2011 - Arkadiusz



Dawno dawno temu za odległym oceanem... Gwiazda rapu trafia za kratki przyłapana na gorącym uczynku (what's up, T.I.?). Niejaki Mały Wayne wychodzi z więzienia, by nagrać Tha Carter IV. Niezależne rap legendy, Tech N9ne i E-40 robią swoje wydając dwa albumy rocznie. Dziś już trochę zapomniane gwiazdy, Game i 50 Cent, 6 lat po szczycie swoich karier, próbują zwrócić na siebie uwagę za wszelką cenę. Na scenie pojawia się nowa obiecująca twarz nosząca sobie w ducha zmarłego Pimp C. Nikomu nieznany raper Tity Boi zmienia pseudonim i nagle staje się najczęściej zapraszanym na zwrotki gościem. Dr. Dre daje nam kolejne pozory, że Detox już niedługo. A tymczasem, jak Ameryka długa i szeroka, rap scena musi przeżyć kolejną fascynację nowym producentem (czyli „Jak zarobić kolejne parę kafli w 9 minut? – tutorial by Lex Luger”). Niby nic nowego, co nie? A jednak było fajnie.


W podsumowaniu roku 2011, który mimo wszelkich przeciwności losu całkiem owocny był, zacznę od rzeczy najgorszych, największych i najtragiczniejszych klap. Dalej napięcie będzie już tylko rosło, aż dojdziemy do rzeczy, które największą nadzieją hip-hopu są.

Zawód roku, człowiek: Chamillionaire

Nie zamierzam ukrywać, że przez dobrych parę lat, mianem maj fejwrit raper określałem bez sekundy zastanowienia niejakiego Chamillionaire'a. I było tak na długo po słynnym singlu „Ridin'”, którym gardzę do dziś. Niemniej, w mojej prywatnej hierarchii w tym roku Hakeem Seriki oficjalnie spadł z samego szczytu. Dlaczego? Trudno kogoś w klasyfikacji uwzględniać, jeśli w gruncie rzeczy osoba ta wycofała się z nagrywania muzyki. By nie wylewać tu psychofanowskich żali, będę trzymał się faktów. W pierwszej połowie roku Chamillionaire jeszcze coś robił. Nagrywał, niestety mocno przeciętne, mikstejpy. Wypuścił też co prawda parę całkiem zacnych numerów i miało być już tylko lepiej, bo kontrakt z Universal został rozdarty na strzępy. Tymczasem nowego albumu nie widać, ani nie słychać. Obecnie o jakichkolwiek datach, czy singlach, o klipach nie wspominając, nie ma mowy. Scena jest bezlitosna. Mimo tego, że raper zwiedza cały świat grając na koncertach min. w Ameryce Południowej i Bliskim wschodzie, media, zwłaszcza blogi, powoli wymazują rapera z pamięci gumką upływającego czasu. Jeśli będzie chciał wrócić, będzie mu teraz ciężej. Obecnie jego miejsce na świeczniku zajęli już inni raperzy.

Zawód roku, album: Yelawolf „Radioactive”

Rewelacyjny raper z wyróżniającym się flow, stylem i tematyką utworów podpisuje kontrakt z, być może największą gwiazdą hip-hopu, Eminemem. Owoce takiej współpracy powinny wgniatać w ziemię, co nie? No właśnie, nie. Eksperyment pod nazwą „Radioactive” okazał się wielką klapą i totalnym nieporozumieniem. Najlepiej podsumowuje go skit znajdujący się w samym środku tej płyty, gdzie Slim Shady domaga się od rapera z Alabamy nagrania czegoś dla „dziewcząt”, słowem materiału, który mogłyby grać mainstreamowe rozgłośnie. Efektem tych próśb powstała płyta, która nie trzyma się kupy stylistycznie i tematycznie, a Yela ginie gdzieś w beatach, które nie pasują w ogóle do jego niepowtarzalnego charakteru.

Co powinno było zrobić Shady Records? Pogodzić się z faktem, że Yelawolf to nie drugi Eminem i do popowych piosenek się zwyczajnie nie nadaje. Może gdy za parę lat przyćpa trochę więcej, a potem pójdzie na odwyk będzie lepiej? W 2010 roku, pewien wyjątkowo charakterystyczny i wyjątkowo niepopowy wykonawca (jego ksywka później) udowodnił, że nie trzeba iść na „radiowe”  kompromisy, by sukces osiągnąć i znacząco powiększyć grono swoich fanów. Zamiast naciskać na „ugłaskanie” nowego podopiecznego, trzeba było zaakceptować jego tożsamość, dodatkowo go podkręcić i wyciągnąć na wierzch wszelkie, dosłownie wszelkie elementy dla niego charakterystyczne i pozwolić mu je wykorzystać w 100%. Wiecie kogo miałem na myśli? Tak, Waka Flocka Flame i album „Flockaveli” to był sukces. Ponad 300 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, szacunek nie tylko hiphopowej krytyki, ale również takich magazynów jak NME, Pitchfork i Rolling Stone. „Radioactive” nawet nie dorasta tu do pięt... rok 2011 zakończyło z 80 tysiącami sprzedanych kopii, o odbiorze przez krytykę z grzeczności nie będę już nawet wspominać. Spieprzyłeś tę szansę, Eminem.



Producent roku: Lex Luger

Drogi słuchaczu, masz dwie drogi. Możesz mieć go za śmiecia bez talentu, bo wszystkie jego beaty, nie dość, że są nudne i totalnie przesadzone, to brzmią dokładnie tak samo. Możesz go doceniać, bo wyciągnął pewne elementy podkładów do ekstremum nadając im klimat pełen gangsterskiego zagrożenia oraz agresji i podniosłość na niemal operowym poziomie.

Bez względu na to, czy należysz do pierwszej, czy drugiej grupy, nie da rady przejść obojętnie wobec dokonań tego człowieka. Nie możesz, bo lista ludzi, dla których tworzył, rosła w 2011 roku z dnia na dzień o kolejne gwiazdy. Wystarczy przypomnieć o Ricku Rossie, Snoop Doggu, Kanye Weście i Jay-Z. Nie podlega jednak wątpliwości, że każdy nowy beat Lexa Lugera smakuje najlepiej okraszony gigantyczną porcją adlibów i podwórkowego przyćpanego gangsta flow.




Specjalne wyróżnienie za determinację: Young Jeezy

Brawo, Młody Jeezy. Gratuluję, cieszę się, że w końcu się udało. Stwierdzam to bez ironii, bo momentami aż smutno było patrzeć, jak mimo trzyletnich starań i coraz to nowych singli i teledysków, premiera TM103 była odsuwana o kolejne miesiące, bądź kompletnie odwoływana. W końcu płyta ukazała się właśnie w połowie grudnia, więc zmagania dane nam było obserwować przez bardzo długie ostatnie 12 miesięcy. Żałuję tylko, że te wszystkie problemy spowodowały, że album mi zobojętniał, zanim nawet zdołałem go przesłuchać. Apetyt co rusz wskrzeszany wcześniej przez nowiutki banger, a następnie gaszony odwołaniem premiery, był już niemożliwy do odzyskania... Tak czy siak, obrazu albumu w głowie zachowywać nie musisz, ale bangery liczne, nawet w bonus trackach, wykorzystuj i wracaj do nich często. To nic, że są z 2010, moc jest w nich wciąż silna.



Debiutanci i nowe twarze: Big K.R.I.T., Meek Mill, 2 Chainz.

Jak długo bym nie patrzył na ksywki, czuję, że szczególne wyróżnienie, swoiste podium należy się wszystkim trzem panom. Mimo, że debiutanci to z nich tacy mocno malowani... Big K.R.I.T. nie dość, że czasem bawi się w klona Pimp C, to swojego oficjalnego albumu w 2011 wydać nie zdołał. Meek Mill zadebiutował, owszem, ale jako człowiek z Maybach Music na składance tejże wytwórni. Na płytę solo poczekamy pewnie jeszcze z osiem miesięcy. Tymczasem, światło dzienne ujrzały fakty dotyczące anulowanego przed laty już kontraktu tego pana z Grand Hustle (T.I.). No a trzeci? Ten, to nową ma tylko ksywkę. Prezentowaliśmy go już nawet w pierwszych audycjach Bang Time w 2009, gdy działał jako Tity Boi, członek grupy Playaz Circle.

Za co zatem nasi Trzej Debiutanci, mesjasze nowości, dostali zaszczyt znalezienia się na eksluzywnej liście i wprowadzają nas w rok 2012?

Pierwszy z nich, mimo, że czasem wytykamy mu podobieństwa perfidne, ma niezwykle przyjemny flow i do południowego charyzmatycznego ducha Pimp C dodaje niesamowitą wręcz grację i płynność. Jest również świetnym producentem, który swoimi produkcjami nie trafia tylko i wyłącznie w gusta nasze, ale również nieźle zgrywa się z takimi postaciami jak The Roots. W przeciwieństwie do wielu raperów z południa, unika publikowania losowych kawałków i zasypywania nas średniej jakości odrzutami i mikstejpami. Większość jego numerów jest wręcz niesamowicie dopieszczona przy pomocy najrozmaitszych sampli. Dobór gości jest inteligentny i nigdy nie rządzi nim przypadek. Czuć, że za muzyką tego człowieka stoi faktyczny, ale jeszcze dojrzewający, pomysł na siebie.

Drugi z nich jeszcze sporo musi udowodnić, ale już teraz ma sporo zasług na koncie. Charyzma bijąca z jego głosu daje nadzieję na postać, która ma szansę stać się jednym z najważniejszych raperów nowego dziesięciolecia. Najlepsze numery na wspomnianej składance Maybach Music powstały właśnie przy sporym jego udziale, "Tupac Back", "Imma Boss"... W wakacje dostaliśmy w ramach nawiązki solidny mikstejp "Dreamchasers" i kolejne bangery, chociażby "House Party". "All these bi***s scream, that Tupac back"? Raczej nie. "Imma Boss"? Jeszcze nie, Meek Mill, ale przyszłość wygląda obiecująco. "I'm going to work"? Liczymy na to i czekamy na więcej.

Trzeci z nich przybrał nowy pseudonim, rzekomo bardziej przyjazny dla kobiet i dzieci. Zrobił to pewnie po to, by dotrzech do nich ze swoimi nowymi mikstejpami, które tworzą brzmienie Trap w 2011. Narkotyki, morderstwa, prostytutki, viagra, przyjazne to nieziemsko... Gdyby nie Big K.R.I.T., mikstejp "T.R.U. Realigion" byłby moim ulubionym z zeszłego roku. Nie znasz 2 Chainza? To znaczy, że albo nie interesujesz się rapem, albo i tak masz już dosyć gościa, bo występował na co drugim singlu wszystkich ważnych i tych mniej znanych raperów w ostatnich miesiącach.

Raper roku – Tech N9ne

Wspominałem coś o moim ulubionym raperze? "Cha!". Cóż, według last.fm mam nowego faworyta. "Cha!". Technicians! Tak właśnie, tutaj też przyznam się szczerze na starcie. Jestem psychofanem Tech N9ne'a i nie przyszło to do mnie w 2011. Uparcie i wytrwale śledzę każdy krok Yatesa od czasu pierwszych wycieków z "Everready: The Religion" w 2005. Dokonana wtedy rewizja dotychczasowej dyskografii tego pana sprawiła, że od ponad 6 lat cenie go sobię jako jednego z najlepszych raperów wszech czasów. Flow tego człowieka, a raczej miliony najrozmaitszych flow, potrójne, poczwórne i bóg, być może diabeł, wie jakie jeszcze rymy oraz talent do opowiadania historii, jak również zamiłowanie do celebrowania życia, sprawił, że nikt mi nie jest w stanie wmócić, że Aaron Dantez Yates nie jest czystej krwi geniuszem.

2011 to dwa w pełni nowe albumy Tech N9ne'a wydane przez jego własną wytwórnię Strange Music. Pierwszy z nich był największym w jego dyskografii szturmem rapera i rzeszy jego wyznawców na mainstream. Na płycie usłeszyliśmy Snoop Dogga, Lil Wayne'a, B.o.B., Bustę Rhymesa i Twistę. Oczekiwania były skrajnie wyśrubowane i w moim przypadku w 100% się nie spełniły.

Mój apetyt zaspokoiła dopiero genialna płyta z serii "Tech N9ne Collabos". "Welcome To Strangeland" to album konceptualny, tworzący w głowie niesamowite i pokręcone (strange!) obrazy. Tech N9ne jest w najwyższej formie, genialnie spisuje się jego główny wokalny support Krizz Kaliko. Pozostali goście to głównie ziomki Yatesa i podopieczni z wytwórni, ale tym razem zostali ułożeni tak sprytnie, że nie nużą ani przez chwilę, ale, jak należy, dodają koloru do rozmaitych obszarów "Strangelandu". Na płycie ciężko szukać singli w sensie radiowych hitów, ale kogo to obchodzi?

Jeśli nie jesteś przekonany do twórczości Tech N9ne'a, sięgnij po jego ostatnie dwie płyty i puszczaj je tak długo, aż uznasz geniusz autora. Innej drogi nie ma.

Album roku: Tech N9ne – Welcome To Strangeland

Czyli patrz wyżej, bądź przeczytaj recenzję.

Wytwórnia roku – Strange Music

Zatem, ustaliliśmy już, że obydwa zeszłoroczne albumy Tech N9ne'a to pozycje wyjątkowe, tak? Jedyny problem tkwi w tym, że gdyby dopiero zebrać cały nakład wytwórni Strange Music z 2011 to wtedy uzbierałby się może jakiś milion, czyli tyle ile sprzedali wspólnie Hova i Kanye... Dokładnych kalkulacji tutaj czynić raczej nie trzeba, nie miałyby one zbytnio sensu. Po pierwsze, jako niezależny label, Strange Music nigdy nie będzie miało takiej siły przebicia do promocji w mediach jak majorsi. Po drugie, poza albumem All 6's And 7's szefostwo takich ambicji raczej nie wykazało. Siła Strangelandu tkwi w gromadzeniu pod swoimi nietoperzowymi skrzydłami wykonawców, dla których nie ma miejsca gdzie indziej. Stąd, przez ostatnie 12 miesięcy do dyskografii dodano następujące pozycje, które z dumą wypisuję z pamięci, noo prawie z pamięci:
  • Kutt Calhoun – Red Headded Stepchild EP. Stały współpracownik Yatesa, kumpel z Kansas City wypuszcza nową epkę. Bardzo słusznie, bo nie wierzę, by człowiek ten potrafił nagrać powalający album. Na EP starczyło bangerów w sam raz.
  • Krizz Kaliko – S.I.C. EP. Po trzech świetnych i nieziemsko niedocenianych albumach wydanych kolejno w latach 2008, 2009 i 2010, w 2011 raper/wokalista wydaje tylko skromną Epkę. Szkoda, że tylko tyle, ale i tak warto posłuchać. Swoją drogą raper napracował się też po raz kolejny przy solówkach szefa, więc zwolnienie wydawniczego tempa mu wybaczam i udzielam rozgrzeszenia.
  • Big Scoob – Damn Fool. Niegdyś w moim mniemaniu najmniej utalentowany członek ekipy, który jakimś cudem (znajomości znaczy się), jeszcze dla Strange Music pracuje. Przez "Damn Fool" musiałem tę opinię prędko zmienić. Płyta jest świetna. Ze względu na liczne nawiązania do działalności pewnego gangu, ogólną tematykę i flow przypomina mi trochę dokonania Game'a. Niemniej, w moim rankingu "Damn Fool" > "Red Album".
  • Big Scoob – No Filter EP. Czyli odpadki z wspomnianej solówki wydane w celu sprzedania jakichś 500 sztuk CD.
  • Jay Rock – Follow Me Home. Debiutant, który pozwolił na ekspansję Strangelandu w stronę zachodniego wybrzeża. Fajna płyta.
  • Brotha Lynch Hung – Coathanga Strangla. Druga płyta czołowego twórcy Horrorcore dla Strange Music. Dużo krwi, trupów, toporów, zdzierania ludzkiej skóry żywcem, wieszania i inne fetysze. Hate It Or Love It.
  • Young Bleed – Preserved. Ziomek z Baton Rouge, niegdyś podopieczny No Limit Records i Mastera P, powraca przy wsparciu Strange Music. W moim mniemaniu przejął pałeczkę po Big Scoobie i Kutt Calhounie jako najgorszy raper w wytwórni dzięki porażającej ilości jakiegoś 0,5 flow. No ale podobno Mr. Chrisowi się podoba, więc to może kwestia gustu.
Łączna wartość artystyczna płyt Strange Music w 2011 jest nieoceniona. W dobie kryzysów gospodarczych, zapaści oraz restrukturyzacji i wyszczuplania majorsów, gdy gwiazdy takie jak 50 Cent i Young Jeezy mają gigantyczne problemy z wydaniem czegokolwiek, dobrze jest mieć taki label, gdzie każdy członek może robić swoje i ma bardzo dużą swobodę artystyczną.

Banger roku: Nie mogę się zdecydować na jeden jedyny utwór, życie.

W playliście wybraliśmy wspólne dla audycji Bang Time podsumowanie roku. Niżej wymienione utwory przykuły moją osobistą uwagę najbardziej i były znakiem czasów w 2011.
  • Beyonce – Gilrs (Run The World). Beyonce wydała całkiem niezły album, ale dla mnie najważniejszy był ten singiel. To banger jakich mało. Jeden z kilku nagranych w tym roku na produkcji niejakiego Diplo. Działa łagodząco na niedobór kobiecych wykonawców w hip-hopie.
  • Snoop Dogg – Platinum feat. R. Kelly. Produkcja Lexa Lugera w połączeniu z melodyjnym wokalem R. Kelly'ego i lotnym flow Snoop Dogga. Smakołyk. Uwaga, w przypadku uczulenia na jeden ze składników powoduje natychmiastowe niestrawności.
  • Jay-Z & Kanye West – H.A.M.. Lex Luger i Kanye West współtworzą beat. Ten drugi wraz z Hovą nagrywają nawijkę i refren. Epic Shit, również może powodować niestrawności.
  • OJ Da Juiceman – Juice Wea Ya Been. Trzeci i ostatni w tym podsumowaniu numer Lexa Lugera. Tym razem rapsy zapewnia człowiek, który w takie podkłady wpisuje się naturalnie. Nie możesz brać tego na poważnie, prawda? Intensywnie pobudza.
  • Big K.R.I.T., Berner, Wiz Khalifa, Chris Brown – Yoko. Czyli Big K.R.I.T. wraz z kumplami zbierają się w gwiazdorsko/alternatywny skład i nagrywają wypaśny banger. Pobudza i wyostrza zmysły, używać w słoneczne i ciepłe dni, korzystnie wpływa na koncentrację przy prowadzeniu pojazdów mechanicznych.
  • Chamillionaire – Charlie Sheen ft Rock D & Killer Mike. Jeden z nielicznych przebłysków formy tego pana w tym roku i zdecydowanie mój faworyt. Zastosowanie: niedobór motywacji, senność o poranku.
  • Chris Brown – Look At Me Now (feat. Busta Rhymes, Lil Wayne). Duża ilość basu, bujający beat, szybki flow Busta Rhymesa skutecznie przeczyszczają przewody uszne. Stosować do osiągnięcia pożądanego efektu.
  • Mann - Ex equo – Buzzin' ft. 50 Cent, The Mack ft. Snoop Dogg, Get It Girl ft. T-Pain. Stosować zamiennie. Intensywnie pobudza, pomaga przy niedoborach światła słonecznego występującego u mieszkańców Europy. Może powodować zakłócenia percepcji przejawiające się w noszeniu zbyt lekkiego ubioru i okularów słonecznych po zmroku. Środek dostępny jest również w zestawie pod nazwą „Mann's World”.

Teledysk roku – znów nie mogłem się zdecydować. Wynika to z kwestii wątpliwości przynależności kilku numerów do konkretnych lat i brak zdecydowanego faworyta.

  • Kanye West – Monster 10/10. W wyznawaną przez wielu genialność albumu "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" powątpiewam do dziś. Wyjątkiem jest ten klip i numer. Szalone, ponure wizje martwych modelek, rozdwojenie jaźni zapewnione przez Nicki Minaj, narkotykowi bossi w przebraniu strażników więziennych (może było odwrotnie?). Wyjątkowo wyrazisty smak, substancja wchłania się w organizm niesamowicie szybko i płynnie zwiększając skutecznie napięcie przez 6 minut. Raz obejrzany, pozostawia ślad w pamięci na niezwykle długi czas.
  • Yelawolf – Daddy's Lambo 10/10. Stosowany tylko i wyłącznie o poranku po imprezie. Zapewnia wizję prowadzenia Lamborghini ojca dziewczyny, którą wyrwałeś dzień wcześniej. Niemniej, wpływ na możliwości decyzyjne sprawia, że postanawiasz wspomniany wóz perfidnie ukraść. Po czym poznać, że to dobry klip? Oferuje ci więcej, niż sam numer dzięki sporej wartości dodanej do historii i przyjemnym obrazkom. Pozornie niewiele, ale świadczy o wyjątkowości. Nikt wcześniej w ten sposób do tematu nie podszedł.
  • Big K.R.I.T. - Money On The Floor 9/10. Wyostrzone jaskrawe kolory wybijające się z czerni połączone z obficie rozlewanych alkoholem i uprawianym hazardem. Stosujący dodatkowo przejawiają ciągoty do trzęsących się czarnych tyłków i podrzucania jednodolarówek. O wyjątkowości świadczy stworzony wyjątkowo gęsty klimat nieporównywalny z niczym innym oferowanym w 2011. Osobista zwrotka roku 2 Chainza i genialna wręcz stylówa tego pana też robią swoje.
  • Ace Hood – Hustle Hard 9/10. Materiał antydepresyjny stosowany zwłaszcza u pacjentów z niższych warstw społecznych ciężko pracujących na swoje życie. Niesztampowe jednoujęciowe podejście do materii tworzy jakość nieporównywalną z dostępnymi na rynku substytutami oferowanymi zarówno przez tego wykonawcę ("Go N' Get It"), jak i innych.
  • T-Pain – Booty Wurk 8/10. Pisałem coś o niesztampowym jednoujęciowym podejściu? Zastosował je też T-Pain, u niego jednak obrazy przewijaja się razem z głównym bohaterem przez ulicę przedmieścia. Niewątpliwym pozytywnym składnikiem jest jedna z pań występująca w klipie – sorry n shit.
  • Lil Wayne – 6 Foot 7 Foot 8/10. Najlepszy jaki znam klip w karierze Lil Wayne'a. Kropka.

Mikstejpy roku

  • Big K.R.I.T. - Return Of 4 Eva 10/10. Klimat Missisipi z pogranicza agresywnego południa i jazzowo-soulowego zacięcia. Świetne produkcje i sampling w wykonaniu autora. Idealnie wpasowujący się goście. Rzesza fanów. Respekt krytyki w i poza hiphopem. Starczy. Słuchać, nie pisać.
  • Gilbere Forte – Some Dreams Never Sleep 9/10. Człowiek od którego oczekuję więcej w 2012. 11 utworów, goście: Big K.R.I.T., Droop-E, Tyga, Jim Jones, Pusha T, Bun B. Intrygujący zestaw, co nie? A brzmi powalająco świeżo. Jeśli myślałeś, że to Kanye West brzmi nowocześnie i wyznacza trendy, posłuchaj tego gościa.
  • 2 Chainz – T.R.U. Realigion 9/10. Najlepszy Trap mikstejp roku. 2 Chainz buduje niesamowity klimat. Tworzy i definiuje swój własny styl, który otworzył mu drzwi do wystąpienia u boku każdego rapera wypuszczającego coś nowego w drugiej połowie 2011. Oczywiście, nie wszystkie z 16 numerów powalają, ale nie od tego są mikstejpy. Słuchać w całości, najlepiej w podróży.
  • Juicy J – Blue Dream & Lean 9/10. Recepta na sukces podobna jak wyżej – ci sami producenci (Lex Luger i Drumma Boy), również zdarzają się ci sami nietypowi goście (Kreyshawn). Główna różnica? Mniej "hustle", trzy razy więcej dragów. Jest cholernie gęsto, purpurowo. Warto, jeśli trawisz (hehe) takie rzeczy. Warto się przekonać, czy trawisz takie rzeczy.
  • Meek Mill – Dreamchasers 8/10. Meek Mill czyni kolejny krok po zniszczeniu jakiego dokonał na Maybach Music u boku Ricka Rossa i Wale. Mikstejp nie powala tak jak trzy powyższe, ale posłuchać warto dla flow wykonawcy, no i są też bangery takie jak "Imma Boss", "House Party", "Work". Pobudza apetyt na więcej materiału od tego rapera.
  • 50 Cent – The Big 10 8/10. Curtis Jackson, upadła gwiazda rapu. Sorry, ale do statusu jaki miał ten człowiek 5,6 lat temu dzisiaj brakuje... bardzo dużo, mówiąc delikatnie. Raper ma kłopoty z wydaniem oficjalnego albumu, ale nie przeszkadza mu to w nagraniu mikstejpu, na którym jest w ponadprzeciętnie wysokiej formie, a jego kumple, nawet Tony Yayo, są nawet strawni i dają się słuchać, serio.
  • Ace Hood – The Statement 2 8/10. Na “Blood, Sweat & Tears” Ace Hood wziął sobie tytuł chyba aż za bardzo do serca... Na „The Statement 2” raper pokazuje nam, że jednak ma w sobie talent i charyzmę do nagrywania nie tylko singli, ale całkiem fajnych płyt. Ten mikstejp to Trap banger za Trap bangerem. Numery jak „Free My Nigas”, „Shit Done Got Real”, „My Speakers” wgniatają w ziemię i bujają nieźle. Goście? Rick Ross, 2 Chainz, Busta Rhymes, Yelawolf.
Wydarzenie / Trend roku: Powolna śmierć albumów. Nowa epoka singli. Wzrost znaczenia mikstejpów

Przemysł muzyczny się zmienia i odbija to spore piętno na scenie hiphopowej. Albumów ukazuje się coraz mniej, a coraz częściej próbuje się przepchnąć pojedyncze utwory. Ma to w dobie internetu i mediów społecznościowych sens. Nie trzeba już wydawać, jak kiedyś, całych płyt, by sprzedać coś fanowi. Teraz można zarobić równie dobrze na pojedynczym utworze dzięki Itunes, czy zyskom z reklam do klipu na YouTube. Raperzy w obliczu coraz mniejszego wsparcia dla wydawanych albumów i spadającym kosztom promocji w sieci sięgają coraz częściej po darmowe mikstejpy jako nośnik ich twórczości. Ta droga ma sens i udowodnił to chociażby okołohiphopowy The Weeknd, który dzięki mikstejpom właśnie zdobył całe swoje grono fanów, zainteresowanie mediów i uznanie krytyki. W ogóle jest to szerszy temat, któremu w najbliższym czasie zamierzam oddać się w większym stopniu.

Bangerowego 2012!

1 komentarz:

Anonimowy pisze...

Super podsumowanie pozdro :)

Prześlij komentarz