wtorek, 6 grudnia 2011

Yelawolf - Radioactive (recenzja)


„Biały raper” to dla niektórych oksymoron. Dla przeciętnego konsumenta muzyki rozrywkowej to pojęcie równoznaczne z „Slim Shady”. Ci bardziej wnikliwi będą w stanie wymienić, obok Eminema, garść rodzimych wykonawców pasujących do tej etykiety. Są też gdzieniegdzie zaangażowani słuchacze, którzy do listy dopiszą nie tylko złośliwie takich gości jak Vanilla Ice, Ali G, Wierd Al Yankovic, ale na serio Paula Walla i... Yelawolfa. Ten ostatni, siłą rzeczy musi ścierać się z wprost narzucającymi się porównaniami, które tylko się nasiliły w kierunku Marshalla Mathersa po podpisaniu kontraktu z Shady Records. Bohater tego tekstu, pochodzący z amerykańskiej prowincji wściekły deskorolkarz o indiańskich korzeniach i wysokim głosie, nie ma łatwego życia próbując przebić się szerszego grona odbiorców. Mimo to, 57 minut kompletnie nowej muzyki zostaje zebrane na krążku pod tytułem „Radioactive” i do sklepów trafia w listopadzie 2011 roku, czyli rok po premierze „Trunk Muzik 0-60”, debiutu nagranego przy wsparciu dużego koncernu, ale jeszcze bez patronatu Eminema.

Wnikliwy przegląd dokonań Yelawolfa do 2010 roku włącznie pozostawia w głowie obraz artysty o intrygującym rodowodzie, porażającym i momentami przerażającym zasobie energii, pomysłów oraz otwartości na najrozmaitsze nurty hiphopowe i okołohiphopowe. Nie zamierzam bawić się w ctrl+c i ctrl+v z Wikipedii, więc do wspomnianych indiańskich korzeni, rodowodu z amerykańskiej prowincji i deskorolki, dorzucę tylko fakt, że w ciągu 31 lat swojego życia koleś mieszkał w najrozmaitszych rejonach USA od Alabamy po Kalifornię. Nie mam też ambicji recenzowania całej dyskografii rapera, więc odpuszczę sobie wspominanie chociażby o debiutanckim mikstejpie z 2005, czy równie koneserskim „Ball of Flames: The Ballad of Slick Rick E. Bobby" z 2008. Do kluczowych w analizowanym przypadku pozycji zaliczam po pierwsze „Stereo”, gdzie Yelawolf udowadnia, że a) jest w stanie nagrywać płyty z pomysłem i konceptem, wstępem, rozwinięciem, zakończeniem oraz tematem przewodnim, b) potrafi i ma chęci podporządkować całość wybranemu stylowi muzycznemu i barwie. Po drugie, mamy Trunk Muzik łamane przez nieco bardziej dopieszczone Trunk Muzik 0-60 gdzie raper łączy płynnie (!) przesterowane gitary, ewidentne inspiracje rapem z Texas i Atlanty (wraz z stosownymi gośćmi, kolejno Bun B i Gucci Mane) oraz storytelling. Nie bez powodu Bang Time mianowało Yelawolfa debiutantem 2010. A, zapomniałem zwrócić uwagę na kluczowy aspekt. Nasz bohater posiada imponujący szybki flow i stosunkowo spory talent do śpiewania, na pewno większy od Eminema.

Kurczę, nie dość, że występował gigantyczny potencjał, osobowość i odnotowano całkiem sporo dokonań, byłem bardzo sceptyczny, gdy dane mi było odsłuchać płytę „Radioactive” po raz pierwszy. Wynikało to z przeciętności utworów, które wypłynęły przed premierą. Singiel „Hard White” z Lil Jonem, nie był może najgorszy i wypadał porównywalnie z jego odpowiednikiem z poprzedniej płyty „I Just Wanna Party”z Gucci Mane'm, ale zawód przyniósł odsłuchany wcześniej przeciek z udziałem Eminema. Tak jak darzę obydwu panów ogromną sympatią, tak „Throw It Up” nie ma w sobie nic charakterystycznego dla tego duetu. Kawałek nie stanie się też radiowym hitem, mimo że takie właśnie powinno być przeznaczenie wspólnego numeru białych raperów Shady Records.

Gdy odpalam całość, najbardziej mnie ciekawi, co stoi za tytułem „Radioactive”. „Trunk Muzik” nie wymagało dodatkowych wyjaśnień, a „Stereo” było zabawnie opowiedzianą historią napadu na radio grające rocka. Co tym razem wymyślił Yelawolf? Aha – wątpliwości natychmiastowo zostają rozwiane – Korea północna przypuściła atak nuklearny na najważniejsze ośrodki w USA – informuje nas wiadomość czytana przez symulowany komputerowo głos rodem z lat 80. Nagle Yelawolf wyskakuje z rymowaną deklaracją, w której kreuje się na totalnie wynaturzony twór amerykańskiej kultury, cywilizacji i wyobraźni rzucając rozmaite, często nawzajem wykluczające się stwierdzenia mające mniej, lub więcej sensu. Kończy po dwóch minutach reprezentatywnym dla tego występu „...look mama, no hands. I'm radioactive.”. Jednoznacznej odpowiedzi brak. Można tylko podejrzewać, że niczym superbohater komiksu Marvela, Yelawolf skażony jest wszystkim, co amerykańskie i wynaturzone, ale przez najbliższą godzinę wykorzysta to na swoją korzyść ku uciesze słuchacza. Tak czy siak, jest to tylko spekulacja. Odpowiedzi nie daje całkiem przyjemne „Get Away”, czy popowo-południowo-hymnowe „Lets Roll” z Kid Rockiem. By uniknąć zbędnego wyliczania, podpowiem – nie, nigdzie na płycie nie ma jasnej odpowiedzi na temat przekazu płyty, czy chociażby pogłębienia konceptu. Możemy go zasmakować, ale bardziej niczym lizaka przez folię w „Growin Up In The Gutter”. Utwór przytłacza mrocznym klimatem, groźnym refrenem. Szepczące flow Yelawolfa kreuje ponure obrazy z rejonów horrorcore w pierwszej zwrotce, a w trzeciej definiuje podmiot liryczny, podsumowując każde, raczej mało optymistyczne, stwierdzenie deklaracją „I am”. Tak wygląda jedyny z czternastu numerów, który faktycznie wpisuje się w zadeklarowany na początku temat i klimat. Przy odrobinie wysiłku i korzystniejszym otoczeniu, w koncept „Radioactive” fajnie dałoby się wpisać też „Animal”, mimo że brzmienie utworu jest ewidentnie inspirowane jest muzyką wysp brytyjskich, ze zmienną dynamiką, drżącym basem i słodzącym kobiecym wokalem w refrenie.

Nagrywając przy wsparciu majorsa i Shady Records, Yelawolf zmuszony był dostosować się do pewnych oczywistych wytycznych. Materiał musi się sprzedać. Zatem, jak ponury i przytłaczający zamysł by nie był, tak konieczne jest nagranie lżejszych utworów, które trafią do szerokich mas odbiorców. Niestety, na „Radioactive” dokonało to zniszczeń porównywalnych do zrzucenia atomówki. Atak wpłynął nie tylko na brzmienie, ale w tym przypadku wręcz przede wszystkim na tematykę utworów artysty. Wspomniałem już, że „Throw It Up” hitem raczej nie jest, gdzie zatem są te radiowe single? Skit dopełniający ten track daje nam podpowiedź. Eminem tłumaczy Yelawolfowi w rozmowie telefonicznej konieczność nagrania „song for girls”. Nadzwyczaj sceptyczna odpowiedź głównego bohatera ma rewelacyjny autoironiczny wydźwięk w samym środku płyty. Szkoda, że następujący „Good Girl”, próbując ciągnąć tę ironiczną nutę, zaciąga ją prosto do grobu przykrytego masą zwiędłych tanich kwiatków. Temat „good girl gone bad”/„bad girl gone good” jest prawdopodobnie niemal tak samo stary, jak najstarszy zawód świata, a Yelawolf nie jest w stanie dodać do niego czegokolwiek nowego i zwyczajnie do takich pioseneczek nie pasuje. Ponowiona kilkanaście minut później próba poruszenia zagadnień kobiecouczuciowych, kończy się równie słabo w postaci „Hardest Love Song In The World”. O trzech kolejnych utworach wolałbym w ogóle nie wspominać, bo te nie powinny nigdy się ukazać. Próba komercjalizacji rzuca tu gigantyczną rysę na wizerunek Yelawolfa i jest to rana, która krwawi obrzydliwie niemal zaważając na mojej opinii o artyście. Krótko przed końcem płyty, nieco pudru na to wszystko przysypuje „Slumerican Shitizen”, ale to marne starania w skali całego albumu, którego połowa utworów powinna być wywalona do kosza, lub ponownie przemyślana. Spory zawód przynoszą też goście, których dopasowanie do odpowiednich utworów jest bez pomysłu.

Podczas gdy tematycznie „Radioactive” nie wpisuje się w założony koncept, zwyczajnie nie trzyma się kupy, produkcyjnie płyta ma całkiem sporo do zaoferowania. Słychać spory budżet wpakowany w nagrywanie i mastering całości. Brzmienie trzech pierwszych utworów tworzy pewien klimat i jest na solidnym poziomie. Przyjemne akcenty słychać nawet wtedy, gdy w całości kompozycja wypada przeciętnie. Krytykowane przeze mnie za tekst „Good Girl”, poza wokalami, serwuje na podkładzie przyjemny powiew słonecznej Kalifornii. Całe to popowe pitu-pitu ma zresztą wiele aranżacyjnych atutów, ale zwyczajnie nie pasuje do dosyć szorstkiego w wokalu i flow Yelawolfa. Tę tezę potwierdzają nieliczne wyjątki obecne na „Radioactive”. Przy kolejnych odsłuchach naznaczony brytyjskim tropem „Animal”, wypada ponadprzeciętnie intrygująco i zdecydowanie warto poświęcić mu niejedno odtworzenie. „Growing Up In The Gutter” z kolei przypomina mi mocno o „Billy Crystal” z poprzedniej płyty i jest to wspomnienie bardzo dobre, bo są to koncepcyjne, mroczne rejony, gdzie rap wkracza względnie rzadko, a już niezwykle sporadycznie z sukcesem.

Z „Radioactive” Yelawolfa jest trochę jak czasem bywa z nową dziewczyną twojego bliskiego kumpla. Wiadomo, że coś jest nie tak, a w szerszej perspektywie całość wypada marnie. Masz jednak spore opory przed tym, by nazwać rzeczy wprost i mówić o tym głośno. Yelawolf to w końcu fajny gość. Zrobiłem szybki test w moim odtwarzaczu. Skróciłem ten związek do zaledwie sześciu wybranych utworów i fajnego intro, czyli łącznie 25 minut. Zabawa przednia, ma charakter i wyróżnia się na tle innych. Jak zatem brzmi moja porada dla tych, którzy się zetkną, bądź zetknęli, z nową płytą? Można spróbować, ale z góry wiadomo, że szczyt możliwości i ekscytacji to nie jest. Dłuższy kontakt może powodować spore skutki uboczne i z pewnością jest niezdrowy, słowem „Radioactive”.

BONUS - Proonowana tracklista "Radioactive":

  1. Radioactive Introduction
  2. Get Away Feat. Shawty Fatt & Mystikal
  3. Lets Roll Feat. Kid Rock
  4. Hard White (Up In The Club) Feat. Lil Jon
  5. Growin Up In The Gutter Feat. Ritz
  6. Animal Feat. Fefe Dobson
  7. Slumerican Shitizen Feat. Killer Mike

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz