czwartek, 24 listopada 2011

Tech N9ne Collabos - Welcome To Strangeland (recenzja)



7 czerwca 2011 raper Tech N9ne wydaje z wielką pompą album nr 13 w swojej dyskografii. Na „All 6's and 7's” zaprasza gwiazdy mainstreamu: Lil Wayne'a, T-Paina, Snoop Dogga, czy też o 17 lat młodszego od siebie B.o.B. Mimo to sprzedaż sięga w pierwszym tygodniu... ponad 50 tysięcy egzemplarzy. To około 1/20 tego, co dwa miesiące później zbiera "Tha Carter IV", gdzie występ dzisiejszego głównego bohatera zostaje zredukowany do zwrotki w czymś nazwanym bardzo słusznie „Interlude”. Nikt nie oczekuje jednak, by płyty Strange Music rozchodziły się w większej ilości. Dlatego też jako szef wytwórni, Tech N9ne, bez zastanowienia rusza w n-tą w karierze trasę koncertową, a następnie bez najmniejszej presji w półtora miesiąca nagrywa zupełnie nową płytę „Welcome To Strangeland”. 8 listopada 2011 Aaron Dantez Yates w dniu swoich czterdziestych urodzin publikuje pozycję nr 14. Chyba nawet najbardziej zagorzali fani nie mieli wygórowanych oczekiwań wobec tej płyty. 

Przy bramach Strangelandu postawiono szyld „Tech N9ne Collabos”, który zwyczajowo oznacza mniejsze aspiracje, wspieranie pozostałych reprezentantów Strange Music oraz innych niezależnych artystów. Wychodziło to różnie. Towarzyszący raperzy nie dorastali do pięt głównemu wykonawcy, a płyty powstawały bez jakiegokolwiek szerszego konceptu. Za niezbyt apetyczny przedsmak wyprawy posłużyła też okładka, która przypomina dzieło nastolatka stawiającego pierwsze kroki w Photoshopie. Nieco bardziej obiecujący zalążek nowej płyty znalazł się na „All 6's And 7's”. W jednym z utworów „Strangeland” było metaforą, która miała za zadanie zbiorczo reprezentować rozmaite oblicza rapera, jego dzieła, jak i rosnące grono fanów. Sam twórca przyznawał się, że ma kłopoty by zdefiniować się i odnaleźć w tym świecie. Ten mieszany, nieprecyzyjny zarys sprawił, że nie byłem w ogóle podekscytowany, gdy naciskałem po raz pierwszy „play” przy „Welcome To Strangeland”. Chwilę później moje odczucia wobec płyty miały się zacząć diametralnie zmieniać z minuty na minutę na korzyść Tech N9ne'a.

Otwarcie płyty jest iście hitchcockowskie dzięki narratorowi wprowadzającemu nas w „descent” „Strangelandu”. Jest to „descent” w tym przypadku nieprzetłumaczalny, jako że słowo to związane jest równie mocno z „upadkiem” co z „narodzinami”. Na początek dostajemy w twarz pozornie niewybrednym porównaniem głównego wykonawcy do spadającej gwiazdy. Spadek ten ma w rzeczywistości więcej wspólnego z upadaniem anioła u wrót piekieł, niż gasnącym blaskiem celebryty popkultury. Otwierające „Stars” w ciągu sekund rozwiewa ewentualne wątpliwości co do autorstwa płyty. To wciąż ten sam Tech N9ne podtrzymujący swój wizerunek szaleńczego połączenia dobra i zła. Odpowiednią atmosferę zapewnia dobrze znane z dotychczasowych nagrań rapera połączenie chórowych przyśpiewów i organów złożone w kontraście do hiphopowego rytmu i szybkiego flow. Początek może nie powala, ale przyjmując, że to po prostu rozbudowane intro, robi wrażenie. Czym prędzej schodząc z nieba, podróż wprowadza nas w głąb Strangelandu. W roli przewodnika Tech N9ne natychmiast ustępuje miejsca Krizzowi Kaliko. Jak przyznaje, sam nie jest w stanie odnaleźć się w tej krainie. „Our team captain is you, Nina, I'm the 1st Leutenant”, z kolei stwierdza bardzo słusznie nierozłączny towarzysz Yatesa. Tytułowe „Welcome To Strangeland” to muzyczny hołd dla tego duetu, hołd nagrany w szczytowej formie. Melodia, dynamika, rozwijający się beat, przejścia - w niecałe 3 minuty dostajemy tu tego więcej, niż na niejednym rapowym albumie. Dwa pierwsze utwory nigdy nie będą hitami, ale budują klimat i nie pozwalają wytrawnemu fanowi hiphopu się nudzić – wystarczy próbować nadążyć za niezwykle swobodnym, szybkim flow Tech N9ne'a, gęsto zasianymi rymami czy równie urozmaiconą, melodyjną, ale wciąż agresywną i twardą warstwą muzyczną. Następnie „Unfair” skutecznie zwiększa napięcie. Dzięki efektom dźwiękowym i sprawnej produkcji beatu, do krajobrazu Strangelandu wjeżdżają pociągi mknące po torach równie pokręconych, co jego pasażerowie: Tech N9ne, Krizz Kaliko, Ubiquitous oraz Godemis. Obecność nierozpoznawalnych gości o dziwo nie spowalnia wyprawy ani trochę. Gdy upewniam się co do długości utworów, nie wierzę w to - 5:14 – zero nudy czy znużenia. Wysiadamy na stacji „Kocky”, która leży gdzieś na zachodnich, bardziej gangsterskich obszarach Strangelandu. To w niej rezydują Jay Rock i Kutt Calhoun. Tech N9ne bez wątpienia sprytnie ustawia gości na płycie. W „Who Do I Catch” wybieramy się na połowy nowych mieszkańców opisywanego świata wraz z retrospektywą dotychczasowych nabytków. Dumny Aaron Dantez Yates pokazuje nam, jak różnorodne są jego podboje zarysowując swoje tereny na rozległym obszarze od Juggalos po wspomniane już „Tha Carter IV”. Ta szersza perspektywa umożliwia przeskok do bodaj najmroczniejszych otchłani, gdzie dominują dwie barwy: czarny i krwistoczerwony. Obraz „My Favourite” współtworzą, jakże słusznie, Prozak z Brotha Lynch Hungiem. Niezłą robotę odwala też na refrenie Krizz Kaliko wyśpiewując sążnistym głosem o swoich niewyczerpalnych pragnieniach. Po paru minutach, z mgły rozlanej przez grupę Mayday, wyłaniają się groźne, sprośne, agresywne, spocone i perwersyjne kobiety z najrozmaitszych stron świata. To rejon, w którym rządzą 816 Boyz – fikcyjna grupa w rzeczywistości tworzona przez Techa, Krizza i Kutta ze Strange Music. Chłopaki specjalizują się we wszelakiej maści zdemoralizowanych utworach wypełnionych seksem. Tak też jest na „Welcome To Strangeland”. Nagle, o dziwo, cały koncept zaburza „Beautiful Music”. Jak stwierdza Krizz w refrenie „I can make beautiful music with ya, but you do not want listen to it”. Serio, ja też nie chcę słyszeć tego utworu... w tym miejscu konkretnie. Poza tym, że rozrywa koncept rozdzielając dwa utwory przeładowane erotyką, jest ok. Jednym z najbarwniejszych punktów na mapie jest dalszy „Sad Circus”, w którym porzucono instrumentalne podejście do kobiet na rzecz rozważań na temat problemów emocjonalnych, ich przyczyn, objawów i efektów. Całość obchodzi się bez najmniejszej szczypty kiczu, poniekąd dzięki ponownemu wsparciu ze strony Brotha Lynch Hunga. Wyrwanie się z marazmu ma umożliwić praca – ciężka i nieprzerwana. Nie jest to jednak najłatwiejsze i najprzyjemniejsze przeżycie, co ukazuje „Slave”. Dociera do nas uczucie przytłoczenia mocą i różnorodnością wrażeń, słowem „Overwhelming”. Na koniec pozostaje tylko zadać pytanie „Who do You Believe In?” Album „Welcome To Strangeland” zamyka po 65 minutach „Gods” w takim stylu, że czym prędzej wciskam „replay”.

Sporym minusem „All 6's And 7's” była niespójność, brak klimatu rozciągniętego na cały album. Mniej więcej połowę utworów przygotował wtedy tradycyjnie Seven. Jego produkcje jednak zostały przemieszane z kompozycjami J.U.S.T.I.C.E. League i pojedynczymi beatami innych autorów, w tym sławnego B.o.B. Ten ostatni spisał się bardzo dobrze w „Am I Psycho” - zarówno lirycznie, jak i muzycznie. Niestety numer w żaden sposób nie łączył się z poprzedzającym „Technicians” i następującym „He's a Mental Giant” i tylko zaburzał klimat płyty. Takich problemów nie ma „Welcome to Strangeland” poza napomkniętym już numerem 9, tj. „Beautiful Music”. Już pierwszy odsłuch wyraźnie pokazuje, że płynność i klimat to jedne z podstawowych zalet nowego albumu Tech N9ne'a. Ba, jedno i drugie jest na tak niewyobrażalnie wysokim poziomie, że poświęciłem na oddanie tych dwóch cech cały poprzedni akapit. Wracając do podkładów, w 2011 roku minimalizm i taneczność to pojęcia obce dla nadwornych producentów Strange Music. Tech N9ne nigdy nie będzie raperem, którego muzyka będzie grana w klubach. Zamierzchłe eksperymenty z nieskomplikowanymi, lekkimi beatami były dosłownie i pozytywnie masakrowane, gdy dokładano do nich nawijkę Yatesa. Brzmiało to fajnie, ale żeby przy tym tańczyć? Machanie ręką, rozlewanie drinów i kiwanie głową to maksimum. Tak było na „Everready: The Religion” z 2006 roku. 5 lat i 7 albumów (!) później, ciągle przy wsparciu tego samego producenta - Sevena, tłem do rymów Tech N9ne'a są gęsto rozlewane w różnych proporcjach spore ilości perkusji, basu, anielskich chórów oraz rozmaitych ozdabiaczy/przeszkadzaczy. Co najlepsze, w stosownych momentach brzmienia te dostosowywane są do wykonawców. Mamy w końcu do czynienia z Tech N9ne Collabos. „Kocky” z Jay Rockiem ewidentnie inspirowany jest brzmieniami zachodniego wybrzeża. Mroczne „My Favourite” z Brotha Lynch Hungiem, oparte jest na twardym, wolniejszym rytmie, grzechoczącym ozdobniku i czymś, co brzmi jak żywcem wycięte z najbardziej ponurych scen filmów Science-Fiction w refrenie. Gościnne występy Mayday opierają się na produkcji autorstwa tej właśnie ekipy. Szczerze, będę wdzięczny temu, kto mi udowodni, że na „Welcome To Strangeland” istnieją jakiekolwiek słabsze produkcyjnie momenty. Preferencje wobec poszczególnych numerów w kwestii beatów oparte są wyłącznie o gust słuchacza. Zarzutem może być brak jakichkolwiek hitów, tudzież utworów chociaż trochę nadających się do prezentowania w radiu w ciągu dnia. Niemniej, czy jakikolwiek fan Tech N9ne'a oczekuje od niego pierwszego miejsca na liście przebojów? Nie sądzę. To raper, którego słucha się dla albumów i koncertów, nie dla singli. Tradycyjnie, zgodnie z trendem wyznaczonym przez pierwszą płytę Tech N9ne Collabos, najbardziej rozbuchane erotycznie numery ozdobione są mocno sugestywnymi odgłosami wydawanymi przez płeć piękną. Część słuchaczy, podobnie jak recenzent HipHopDX, nazwie te momenty najsłabszymi na płycie. Ja to oblicze Tech N9ne zwyczajnie lubię, sorry n shit.

Ile można mieć do powiedzenia na drugim już w tym roku albumie będącym czternastym w karierze, zwłaszcza gdy prawie każdy numer wzbogacony jest gościnnym udziałem kumpli? Paradoksalnie, całkiem sporo. Na pewno więcej niż na All 6's And 7's. Pomysł na Strangeland okazuje się być zbawienny dla najnowszej płyty czołowego rapera Kansas City. Szczerze, autoanaliza jego własnego dobytku, jakim jest raperska kariera i wytwórnia Strange Music, wypada znacznie ciekawiej i bez wątpienia ambitniej niż rymy o frytkach lokalnego fast foodu, czy autorskich drinkach. Nadzwyczaj autentycznie wychodzi hołd oddany kumplowi w tytułowym utworze. Wkład i talent Krizza Kaliko należy do najbardziej niedocenianych w skali całej amerykańskiej sceny hiphopowej. Ten człowiek wspiera Tech N9ne'a wokalnie i jest wiernie oddany jego wytwórni od wielu lat. Brak komercyjnego sukcesu należy zwalić na mało atrakcyjny wygląd, radiowość porównywalną z Yatesem, nie aż tak skomplikowane jak u mistrza rymy i dobrowolnie akceptowaną rolę sidekicka. Nie ma jednak najmniejszych wątpliwości, że „Welcome To Strangeland” byłoby znacznie słabszą płytą, przede wszystkim wokalnie, gdyby nie Krizz. Tech N9ne o tym wie i przyznaje się do tego na albumie bezpośrednio. Skupiając się już na głównym bohaterze, trzeba to powiedzieć wprost, rymowanie i flow na nowej płycie Tech N9ne'a czasem ogranicza się do czystych popisów i wprowadzania gości. Zbyt wiele za tym nie stoi, co nie zmienia faktu, że pierwsza zwrotka „Unfair” ma więcej rymów, niż Birdman napisał w całej swojej karierze, a apogeum osiągnięte jest w refrenie, gdzie każde słowo jest częścią rymu. Z kolei w „Who Do I Catch” wpakowano więcej flow, niż posiada całe Cash Money (no, wyłączając Nicki Minaj i od niedawna Bustę Rhymesa). Fanów rapera jego rewelacyjna forma nie zdziwi, bo zdążył on nas już do tego przyzwyczaić. Dwa lata temu na „K.O.D.” jedna ze zwrotek składała się wyłącznie ze słów na literę B (poza spójnikami, itp. rzecz jasna). Cieszy zwyczajnie fakt, że raper wciąż jest zdolny do takich rzeczy. Na osobną pochwałę zasługuje „Sad Circus”, gdzie raper imponuje nie tylko szczerością, rymami, ale i całokształtem podejścia do tematu. Tytułowy cyrk jest tutaj miejscem, w którym mamy szansę podziwiać ludzi/raperów w rozmaitych tarapatach emocjonalnych. Tego typu „poważna” tematyka zwykle ma tendencję do generowania najsłabszych numerów na płycie zajeżdżających kiczem i taniochą - „Mama Nem” z „All 6's And 7's”, „Leave Me Alone” z „K.O.D.”, mam wymieniać dalej? Jest na płycie kilka numerów, które klimat muzycznie podtrzymują, jednak tekstowo nie wnoszą w gruncie rzeczy nic do konceptu. Oprócz naładowanego seksem „Bang Out”, najsłabszym momentem jest „Retrogression”, a szkoda, bo sam utwór brzmi całkiem solidnie dzięki gościnnemu występowi grupy Mayday, która nieco odświeża brzmienie Tech N9ne'a.

Ja nie mam wątpliwości. „Welcome To Strangeland”, mimo że w ogóle na to nie liczyłem, jest albumem znacznie lepszym od „All 6's And 7's” i chyba najbardziej udanym w serii „Tech N9ne Collabos”. Prosty koncept idealnie uzasadnia zaproszenie masy gości, a ci z kolei są świetnie dobrani i ustawieni w poszczególnych momentach na albumie zapewniając płycie spójność, płynność i różnorodność. Album ma niezaprzeczalny klimat, który rozmaitymi środkami – tekstem i brzmieniem, buduje w głowie obraz faktycznie istniejącego świata z urozmaiconym krajobrazem i żywymi postaciami. Płytę nagrano co prawda szybko, ale też z pełną swobodą artystyczną i z gigantycznym doświadczeniem studyjnym. Pierwszą rzeczą, do której mam ochotę się przyczepić, jest sama marka „Tech N9ne Collabos”, którą należałoby przemianować na „Strange Music Presents”. Płyty z tej serii mają więcej wspólnego z mikstejpami, niż wielkimi solowymi albumami wydawanymi przez majorsów. Są one w podobnym stopniu autorskie dla Yatesa, jak swego czasu np. „Eminem presents: The Re-Up” dla Shady'ego. Seria „Tech N9ne Collabos” jest wizytówką dla wytwórni. Tym większe brawa należą się głównemu wykonawcy za stworzenie albumu, który mimo braku hitów i faktycznie wybitnych utworów, jest jednym z najlepszych hiphopowych wydawnictw tego roku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz