niedziela, 18 września 2011

Lil Wayne - Tha Carter IV (recenzja)


Nie dalej jak w kwietniu byłem przekonany, że 2011 muzycznie będzie rokiem, który zapamiętamy na długi czas. Otrzymaliśmy wtedy wysyp dobrych wydawnictw, zarówno od weteranów sceny, jak i osób, po których wysokiego poziomu nagrywek nikt by raczej nie oczekiwał. Teraz natomiast czuję się trochę oszukany. Od wielu miesięcy w rapie nie dzieje się praktycznie nic, a dobre albumy, które ujrzały światło dzienne w ciągu ostatnich miesięcy można (i to dosłownie) zliczyć na palcach jednej ręki. Przejrzenie premier płytowych planowanych na najbliższe miesiące szybko uświadamia, że tak naprawdę, nic już się tutaj nie wydarzy. No przecież nie myślicie chyba, że Bow Wow nagle odkryje w sobie talent i nagra album, który zachwyci kogoś więcej niż kilka nastolatek z głębokiego południa USA? Jedyna nadzieja w płycie z serii Tech N9ne Collabos, no i Yelawolfie, jeśli uda mu się wydać coś w tym roku. Kolejne premiery są bowiem co chwilę odkładane. Coraz to nowi wykonawcy muszą pogodzić się z faktem, że wytwórnie po prostu nie chcą ich teraz wydawać. Big K.R.I.T. zapowiedział się na 2012, a Jeezy w ogóle stracił datę premiery. Posuchę wydawniczą urozmaicili nam w ostatnim czasie Game, Jay-Z i Kanye West, a także Lil Wayne. Album pt. „Tha Carter IV” był chyba najbardziej oczekiwaną premierą tego roku. Czy spełnił oczekiwania?

Zanim odpowiem na to pytanie, przypomnijmy kilka faktów dotyczących bohatera tej recenzji. Lil Wayne niedługo obchodził będzie swoje 29 urodziny, a już teraz może się pochwalić większą ilością nagranych numerów (i sprzedanych egzemplarzy), niż duża część jego starszych kolegów po fachu. Weezy zadebiutował jako nastolatek, a oglądanie jego pierwszych teledysków wywołuje szczery uśmiech na twarzy. Czym raper zaskarbił sobie niesłabnącą popularność wśród fanów rapu i nie tylko? Jest on postacią charakterystyczną, obdarzoną wysokim wokalem, która od zawsze mogła się pochwalić lepszymi tekstami i większą charyzmą niż znaczna część raperów z Dirty South. Lil Wayne nie miał nigdy problemów ze sprzedawaniem dużych ilości płyt. Prawdziwy przełom nastąpił jednak w przypadku płyty „Tha Carter III”. Singiel „Lollipop” rozgrzał parkiety na całym świecie, a Weezy od tak pierdzielnął ponad trzy miliony egzemplarzy, zostając tym samym najlepiej sprzedającym się muzykiem 2008 roku. „Tha Carter III” był zdecydowanie szczytowym osiągnięciem frontmana Young Money. Album nie tylko się sprzedał, ale i został doceniony przez krytykę na całym świecie. Potem niestety miało być już tylko gorzej. „Rebirth” to raczej nieudany wyraz fascynacji rockowych Lil Wayne’a, a płyty „I Am Not a Human Being” nie udało mi się przesłuchać więcej niż dwa razy. Hype na „Tha Carter IV” był jednak spory, Weezy wrócił na stałe do rapowania i co więcej, w ostatnim czasie wydawało się, że jest w świetnej formie. Nowy album powinien więc być prawdziwą bombą. Czy stało się tak w rzeczywistości?

Dobra, pochwaliłem się już dwukrotnie, że nieobca jest mi technika ładnego kończenia akapitów pytaniami (uczcie się małolaty, to może dostaniecie kiedyś piątkę z wypracowania), ale to w końcu recenzja, więc warto zacząć na nie odpowiadać. Nie będę jednak tym razem uprzedzał faktów i jeszcze przez chwilę potrzymam Was w niepewności co do mojego ostatecznego werdyktu… Nowy album Lil Wayne’a rozpoczyna się bardzo mocnym uderzeniem. Pierwsze cztery tracki to kawał porządnego hiphopowego grania, którym Weezy oświadcza – wróciłem, jestem lepszy niż kiedykolwiek, przyniosłem ze sobą wór punchline’ów i lepiej nie przedstawiajcie mnie swoim dziewczynom, siostrom, czy nawet matkom. To oczywiście moja radosna twórczość, ale takie właśnie wrażenie Lil Wayne w pierwszych trackach po sobie zostawia. Podkłady bujają, nawijki są agresywne i mamy tutaj do czynienia po prostu z wysokiej klasy braggadocio. Punktem kulminacyjnym tej części płyty jest z pewnością numer "6 Foot 7 Foot", który z początku nie przypadł mi do gustu, ale po odpowiednim osłuchaniu nawet zacząłem do niego kiwać głową. Bangladesh dostarczył kolejnego minimala, a nam tylko pozostaje obstawiać zakłady, za ile miesięcy producent upomni się o pieniądze. Wiadomo przecież nie od dziś, że w Young Money/Cash Money ilość wypłacanych tantiem dla beatmakerów jest odwrotnie proporcjonalna do sprzedaży płyt. Wracając jednak do samego tracku, Weezy przechodzi samego siebie, jeśli chodzi o ilość punchline’ów na minutę rapu, a całość uzupełnia młody talent, a mianowicie Cory Gunz, który na pewno nie odstaje tutaj od mistrza ceremonii, a wręcz doskonale go uzupełnia.

Pierwsze cztery tracki bujają, robią wrażenie i tylko zaostrzają apetyt na więcej. Niestety, na „Tha Carter IV” pojawiają się momenty, w których dostajemy dużo mniej. Klimat płyty zaczyna się trochę psuć wraz z numerem "Nightmares of the Bottom". Lil Wayne’a po raz kolejny można pochwalić za nawijkę, ale podkład jest po prostu zbyt cukierkowy. Niemniej jednak, lekarstwem jest tutaj odpowiednie osłuchanie. Po pewnym czasie numer zaczyna nawet wkręcać i nie należy z pewnością do kategorii utworów, których nie sposób przesłuchać dwa razy. Niestety i takie się tutaj znajdują. Naprawdę nie rozumiem, co na płycie pt. „Tha Carter IV” - kolejnej części znanej i cenionej serii albumów – robi taki numer jak "How to Hate". Nie jestem prawdopodobnie jedyną osobą, która po tytule i gościnnym udziale T-Paina spodziewała się bangera, a dostała… jakby to poetycko ująć… gówno. Nie zdarza mi się często używać takich słów w recenzjach, ale tutaj trzeba nazwać rzeczy po imieniu. Przede wszystkim, jestem przekonany, że nie jest to numer nagrany na świeżo, a pochodzi on z czasów beznadziejnej skądinąd płyty „Thr33 Ringz” pana od Auto-Tune’a i prób stworzenia duetu T-Wayne, które to również spełzły na niczym. Nie no, serio - "How to Hate" to najgorszy kawałek roku, jakim przyszło mi katować moje biedne uszy, a przypomnijmy, że 2011 (przynajmniej od kwietnia) nie grzeszy wysokim poziomem wydawnictw. Podkład jest tutaj wtórny do przesady, T-Pain wyjękuje swoje partie ze zbyt dużą dawką wiadomego efektu, a sam Weezy totalnie się w takiej stylistyce nie sprawdza. Panowie - eksperymenty tego typu nie wyszły Wam już wielokrotnie – po co było robić to jeszcze raz? Drugi i ostatni ewidentnie beznadziejny numer na „Tha Carter IV” to singlowy „How To Love”. Jest to bez dwóch zdań najgorszy EVER singiel Weezy’ego, a jeśli ktoś mnie w komentarzach przekona, ze jest inaczej, dostanie specjalne pozdrosy w następnej recenzji. Oj, jakie to jest mało oryginalne, sztampowe i słabo wykonane… Niemniej jednak cieszę się, że ten track powstał i zrobił karierę, bo gdyby nie on, prawdopodobnie album nie ukazałby się przed końcem roku. A że jego popularność każe po raz kolejny uronić łezkę nad gustem muzycznym masowego odbiorcy, to już inna sprawa.

Wszystko co napisałem przed chwilą nie znaczy oczywiście, że po numerze "6 Foot 7 Foot" nie ma już czego na nowej płycie Weezy’ego posłuchać. Jest wręcz przeciwnie, ale tracki „How To Love” i How to Hate" (teraz do mnie dotarło podobieństwo tytułów) tak skutecznie rozbijają spójność albumu, że pozostawia on gorsze wrażenie niż powinien. W drugiej połowie płyty pojawiają się bowiem naprawdę dobre pozycje. Najwyższe osiągnięcia Lil Wayne’a na „Tha Carter IV” to moim zdaniem tracki: "Abortion" i "President Carter". Są one dość oryginalne i rewelacyjnie złożone pod kątem produkcyjnym, a i tekstowo zachowują jakiś cień konceptualizmu, którego zdecydowanie na albumie brakuje. Ciekawym numerem jest również track pt. "It's Good”, w którym gościnnie występują Jadakiss i Drake. Utwór jeszcze przed oficjalną premierą płyty zdążył wzbudzić kontrowersje ze względu na rzekomy diss Weezy’ego skierowany w stronę Jaya-Z. Zamieszanie szybko jednak ucichło, gdyż po prostu nie miało sensu. Sprawcą tegoż mogła być linijka „nigga you got 80 problems”, ale jeśli to ma być diss na Hove, to ja przyznam się szczerze, że tak dalekiej interpretacji tekstu nie słyszałem od czasów lekcji polskiego w liceum. Dodajmy jeszcze, że Drake zanotował na „Tha Carter IV” prawdopodobnie swoje dwa najlepsze występy w karierze, ale z drugiej strony, co ja tam mogę wiedzieć, skoro od roku zbieram się do przesłuchania jego płyty i cały czas jakoś nie jestem w stanie się przełamać… Jeśli chodzi natomiast o numer pt. „John”, to mamy tutaj z pewnością do czynienia z jednym z najlepszych street-bangerów tego roku. Dziwi tylko jego wybór na singiel – nie trzeba być ekspertem od przemysłu muzycznego, by wiedzieć, że to nie mogło się sprzedać. Zupełnie innym, ale równie dobrym elementem płyty jest track "So Special", w którym Weezy pokazał, że jednak umie nagrywać wysokiej klasy numery dla damskiej części słuchaczy. Delikatne pianino urozmaicone jest tutaj klimatycznymi syntezatorami, a sam mistrz ceremonii w swoich opisach erotycznych zabaw z kobietą jest mniej lub bardziej dosadny, używając czasem ciekawych konstrukcji słownych w stylu: „I make her come first, then I follow the leader”. Całości uroku dodaje śpiewający John Legend, który nie jest może moim ulubionym piosenkarzem, ale tutaj wypadł całkiem nieźle.

Skoro zacytowałem już teksty Lil Wayne’a, warto się nad tym aspektem zatrzymać na dłużej. Doszły mnie słuchy, że po stronach internetowych krążą zestawienia najgorszych linijek z płyty „Tha Carter IV”. No cóż, sam pomysł takiego artykułu na kilometr pachnie pustym hejtingiem, bo przecież z każdego albumu można wybrać te złe i dobre wersy, a co za tym idzie, takiego Jaya-Z pokazać jako nieudacznika, a z Gucci Mane’a zrobić wirtuoza słowa (no, z tym to mnie trochę poniosło…). Nie jestem oczywiście skłonny umieszczać Weezy’ego w czołówce amerykańskich tekściarzy, ale pewne jest, że wyróżnia się spośród południowych raperów. Nie jest on mistrzem word play pokroju wspomnianego Hovy, ale potrafi zaskoczyć wysokiej jakości punchline’em. Gry słów bohatera recenzji czasem opierają się na błyskotliwych konstrukcjach w stylu: „I think you stayin’ under me, if you don’t understand me”, innym razem prezentują dalekie choć ciekawe skojarzenia – „you can save your bullshit on your memory card”, a bywa i tak, że po prostu urzekają w swej wulgarnej prostocie – „when life sucks, I just enjoy the head”. Zdarza się również, że Lil Wayne balansuje na granicy kiczu mówiąc: „All about my riches, my name should be Richard”, czy „don’t call me sir, call me survivor”, albo popełnia ewidentne błędy przekonując , że „if real shit is dead, then nigga, I’m a bastard” (czy nie chodziło przypadkiem o sierotę?), jednak generalne wrażenie zostawia całkiem niezłe. Jeśli pytacie o rymy, to jest Weezy więcej niż poprawny i, oczywiście, można mu wytknąć bez problemu ewidentne głupoty, ale przecież nikt nie oczekiwał od niego skomplikowanych konstrukcji metaforycznych z nawiązaniami do średniowiecznych moralitetów.

Oczekiwania w związku z „Tha Carter IV” były bardzo duże. Tym bardziej dziwią niektóre rozwiązania zastosowane przez autora płyty. Pierwsze z nich to trzykrotne wykorzystanie tego samego podkładu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszakże numery te nazywają się „Intro”, „Interlude” i „Outro”, jednak każdy z nich jest tak naprawdę, czasem krótkim, ale jednak pełnoprawnym trackiem. Weezy’emu na pewno nie zabrakło beatmakerów chętnych do oddania swoich podkładów, jak i pieniędzy na nie, gdyż, jak już ustaliliśmy, Cash Money tantiem nie płaci. Co jednak jeszcze bardziej kuriozalne – w dwóch z tych utworów Lil Wayne w ogóle nie występuje. W „Interlude” całość wykonują Tech N9ne i Andre 3000, a „Outro” ma zapis „performed by Bun B, Nas, Shyne and Busta Rhymes”. Zabieg ten dałoby się oczywiście obronić (rozwiązania tego typu zdarzały się już wcześniej), gdyby był on w jakimkolwiek stopniu umotywowany. Tymczasem jednak, ani koncept płyty (bo „Tha Carter IV” takowego nie posiada), ani zwrotki wykonawców nie usprawiedliwiają takiej decyzji bohatera recenzji. Tworzy to tylko niepotrzebny chaos i wrażenie, że obcujemy z jakimś mixtape’em, a nie najbardziej oczekiwaną płytą roku. Inna sprawa, że takie „Outro” to naprawdę dobry track, gdzie razi jedynie zwrotka Shyne’a, który ewidentnie, niczym koszykarze NBA występujący w „Kosmicznym Meczu”, stracił swój talent. Raper wyjęczał kilka wersów od niechcenia i gdybym miał domyślać się o czym mówi po samym flow, stwierdziłbym, iż żali się nam, że umiera na raka, a ktoś właśnie odłączył mu kroplówkę z morfiną. „Interlude” natomiast to dla mnie pozycja za krótka, nagrana jakby od niechcenia i zupełnie nijaka. Jeśli był w tym jakiś głębszy zamysł, to ja go po prostu nie dostrzegam.

Płyta „Tha Carter IV”, mimo że przeważają na niej świetne kawałki, pozostawia w słuchaczu mieszane uczucia. Na taki stan rzeczy składają się trzy czynniki – beznadziejne numery „How To Love” i „How To Hate”, które zamieszczone gdzieś w środku rozbijają spójność albumu, dziwne rozwiązania gównie w postaci tracków, na których Weezy nie występuje, jak również brak jakiejkolwiek nadrzędnej idei, która przyświecałaby całości płyty. Na „Tha Carter III” Lil Wayne stworzył nową jakość, prawie każdy numer miał jakiś pomysł , a wydawnictwo po prostu pozytywnie zaskakiwało. Niewiele z tego zostało na kolejnej części uznanej serii płyt. Wszystko to sprawia, że nowe dzieło frontmana Young Money pozostawia pewien niedosyt. Z drugiej strony, jest to płyta przepełniona dobrymi, na wskroś hiphopowymi trackami, która zjada 90% tegorocznych wydawnictw. Może więc czepialstwo jest nie na miejscu?

3 komentarze:

Klaudia pisze...

w ogóle to okładka albumu jest komiczna, ten uśmiech Wayne'a wymiata : D

Anonimowy pisze...

skoro na blogu zaczęły pojawiac się recenzje to może tak tech n9ne all 6's and 7's zrecenzowac

Arkadiusz pisze...

Pomyślimy nad tym ;) W sensie, ja pomyślę

Prześlij komentarz