piątek, 2 września 2011

Game - The R.E.D. Album (recenzja)


Klasyk, przebangier, najlepszy rap na 100 procent, west coast is back, Game na zawsze, G-Unot – tak, tak Gimbusy, wiem, że taką puentą do tego artykułu zjednałbym sobie Waszą dozgonną miłość. To już trzy lata mijają odkąd raper z Compton wydał swoją ostatnią płytę, a tym samym dał możliwość zrecenzowania swoich dokonań. To już trzy lata odkąd grożono mi w komentarzach kosą w plecy za kilka uszczypliwych słów w stronę tego wykonawcy. To wreszcie trzy lata odkąd przekonałem się, że przeciętny słuchacz rapu w Polsce ma IQ marchewki i mentalność mojej frytkownicy (toster zostawiam w spokoju). Nie wiem, czy osoba, która radziła mi nie wychodzić z domu pod groźbą śmierci, zobaczyła już kobiece piersi na żywo (bo że nie zaliczyła, to pewne), a pozostali dostali promocję do liceum i przeczytali coś więcej niż „Małego Księcia” i „Dzieci z Bullerbyn”, ale pewne jest jedno – look at me now – mam się dobrze, kosa z pleców nie wystaje, a ja znów mogę znęcać się nad Waszym ulubionym wykonawcą. Zachęcam więc, by podarować sobie dalszą treść, przejść od razu do komentarzy i rozpocząć wypisywanie pod różnymi ksywkami kwiecistych konstrukcji retorycznych, z których polscy fani rapu znani są najlepiej. Pozostałe osoby w wieku powyżej 15 lat i/lub z IQ wyższym od ośmiornicy zapraszam natomiast do dalszej lektury.

No dobra, jeśli więc, drogi Czytelniku, cały czas zagłębiasz się w treść tej recenzji, zakładam, że zrozumiałeś pierwszy akapit bez zaglądania do słownika i jesteś po prostu zainteresowany, co druga osoba myśli o nowej płycie Game’a. Co ciekawe, może tutaj dojść do pewnego zaskoczenia. Nigdy bowiem nie kryłem się z moim brakiem sympatii do tego rapera, co nie znaczy, iż moje opinie dotyczące jego wydawnictw były w jakimkolwiek stopniu stronnicze. Nie podobały mi się jednak jego działania – hipokryzja, dissowanie wszystkich naokoło (w tym osób, którym zawdzięczał karierę), jak również fakt, że z gangsterką to ma on tyle wspólnego, co wypisujące bzdury w komentarzach Gimbusy z zaliczaniem panienek. Game ośmiesza się dalej, nazywając Lil B najgorszym raperem po przesłuchaniu jednego utworu, mówiąc, że drugi na liście jest Ras Kass, a „powodem dla którego on jest słaby jest to, że robi słabe rzeczy” (autentyczna wypowiedź!), a na trzecim miejscu zaszczytnej listy umieszczając Memphis Bleeka. Mój drogi Gamie – gdybym ja ocenił Twoją twórczość na podstawie takiego tracku jak np. „Game's Pain” z płyty poprzedniej, to w ogóle bym Cię raperem nie nazwał, a co ważniejsze – powiedzmy to głośno i wyraźnie – Memphis Bleek zjada Cię od niechcenia na sobotnim kacu gigancie. Tak, tak, dalej za Game’em nie przepadam, co nie znaczy, że jest to związane z brakiem obiektywizmu w ocenie jego wydawnictw. „The R.E.D. Album” bowiem to dzieło całkiem wysokiej klasy.

Recenzowanie płyt lubię zacząć od kwestii singli i tego, jak mają się one do całości wydawnictwa. W przypadku albumu Game’a strategię przyjmę inną, gdyż tak naprawdę niespecjalnie śledziłem promocję związaną z tym krążkiem. Dotarła do mnie kwestia kontrowersji związanych z klipem do „Red Nation” (dla mnie zupełnie niezrozumiałych), jak i jeszcze jeden marnej jakości singiel z udziałem Chrisa Browna. Tak naprawdę jednak, bez zaglądania do Wikipedii, nie byłbym w stanie powiedzieć, ile numerów „The R.E.D. Album” jak dotychczas promowało (wow, okazuje się, że żaden więcej). Na potrzeby tej recenzji podzielę więc nową płytę Game’a na, jak to mawiają inteligenci, większą i mniejszą połowę. Pierwsza część obejmie tracki 1-12, druga 13-21. Ułatwi mi to znacząco prezentowanie niespecjalnie zresztą skomplikowanych wywodów, dotyczących wydawnictwa rapera z Compton. Dobrze, że Gimbusy porzuciły już czytanie i wypisują bluzgi poniżej, bo cały czas jeszcze zachodziłyby w głowę, o co chodzi z tymi połowami.

Skąd taki podział? Ano, słuchając płyty Game’a miałem wrażenie, że obcuję z dwoma różnymi wydawnictwami. Uprzedziłem fakty, mówiąc, że wydał chłopak album całkiem niezły, ale na tę opinię składają się głównie tracki właśnie z pierwszej wydzielonej przeze mnie części. No ale zacznijmy od początku. Płytę otwiera Intro, w którym przez 25 sekund mówi do nas… nie kto inny jak Dr. Dre. Zabieg ten na przestrzeni krążka powtórzony jest jeszcze trzy razy i tak naprawdę nie widzę tutaj innego zastosowania, niż zawarcie przez Game’a implicite wiadomości w stylu „jestem fajny, Dr. Dre nagrywa skity na mojej płycie”. Gdyby jeszcze Doktorek miał coś ciekawego do powiedzenia… „The R.E.D. Album” miało być wielkim powrotem do współpracy Game’a i Dr. Dre, a tymczasem otrzymaliśmy od drugiego z panów zaledwie cztery skity i gościnny występ w numerze "Drug Test". Jedyny związek Doktorka z produkcją na tej płycie to zbieżność ksywek z połówką duetu Cool & Dre. Jakby nie było, miałem „The R.E.D. Album” chwalić, więc myślę, że po czterech akapitach, które zupełnie nic do Waszego życia nie wniosły, warto zacząć krążek solidnie opisywać. No to lecimy.

Pierwsza wydzielona przeze mnie cześć płyty brzmi naprawdę rewelacyjnie. Wszystko zaczyna się mocnym uderzeniem już w numerze „The City”. Game prezentuje nam typowe bragga, okraszone kilkoma komentarzami odnośnie własnej kariery. Wszystko odbywa się na sentymentalnym podkładzie DJa Khalila, a ja jestem w stanie zaryzykować stwierdzenie, że jest to najlepszy technicznie numer w karierze rapera z Compton. Charyzmatyczne przechwałki wzbogacone są składanymi rymami, chropowaty wokal świetnie wpasowuje się w muzykę, wspomnienia poprzednich wydawnictw uzupełniają całość, no i tylko postawienie się w pierwszej piątce raperów na równi z takimi postaciami jak 2Pac, Biggie, czy Hova pozostawia lekki niesmak. W refrenie występuje natomiast niejaki Kendrick Lamar, który usilnie naśladuje Drake’a i nawet nieźle mu to wychodzi, bo brzmi lepiej niż oryginał. Kolejny mocny akcent płyty to bez wątpienia numer "Martians vs Goblins". Niepokojący podkład daje świetne pole do popisu dla bohatera recenzji, który zaczyna w iście horrorcorowym stylu, a występujący gościnnie najbardziej przewartościowany raper roku, czyli Pan Jestem-Tak-Kontrowersyjny-Że-Nie-Macie-Pojęcia Tyler, The Creator notuje najlepszą chyba zwrotkę w karierze. Pozostaje więc tylko napisać, że to szkoda, iż Lil Wayne ograniczył się jedynie do kilku słów w refrenie (a może jest w ogóle tylko wysamplowany?). "Good Girls Gone Bad" to natomiast trochę klasycznych brzmień, podwyższony kobiecy wokal w tle i Game, który zaczyna swoje wyczyny naprawdę ciekawym story-tellingiem, by w drugiej zwrotce przejść niestety do pitu-pitu dla panienek. W numerze występuje dodatkowo już prawdziwy Drake i jest to jeden z nielicznych występów tego pana, które nie powodują u mnie odruchu wymiotnego. "The Good, the Bad, the Ugly" to natomiast utwór, w którym wokalnie Game bawi się w naśladowanie Notoriousa B.I.G. i pastisz ten wyszedł naprawdę ciekawie. W niektórych momentach raper jednak się trochę zapomina i zaczyna brzmieć bardziej jak Shyne, choć na szczęście z tych lepszych czasów, bo teraz jego forma nie jest warta nawet poświęcenia przeze mnie trzech minut na wymyślenie błyskotliwego oszczerstwa. Jakby nie było, "The Good, the Bad, the Ugly" to naprawdę udany eksperyment.

Najmocniejszym fragmentem płyty, którego mogę słuchać w kółko bez przerwy, są jednak tracki numer 10-12. "Heavy Artillery" to porządna dawka gangsterskiego grania z dobrymi gościnnymi występami Rick Rossa i Beanie Sigela, choć największą zaletą numeru jest klimatyczny podkład. "Paramedics" to natomiast street-banger, w którym odpowiedniej dynamiki dostarcza gość z Atlanty – Young Jeezy. Cykacze pędzą, a odpowiedniego nastroju dodaje całości gitara pobrzmiewająca w tle. "Speakers on Blast" natomiast, poza kolejnym świetnym podkładem i niezłymi zwrotkami gospodarza, przynosi nam gościnne występy takich gwiazd jak E-40 oraz Big Boi. Numer jest może ciut za długi (wena Game’a trochę w tym przypadku poniosła), choć tak naprawdę jakiekolwiek czepianie się tego tracku jest nie na miejscu.

Co ciekawe, najsłabszym elementem pierwszej części płyty jest bez dwóch zdań numer "Drug Test" z gościnnym udziałem Snoop Dogga i Dr. Dre. Mógł z tego wyjść club-banger roku, a przynajmniej kawałek znajdujący się w ścisłej czołówce zestawień, które w grudniu będą podsumowywać minione 12 miesięcy. Dostaliśmy natomiast niespecjalnie przemyślany i mam wrażenie, że niezbyt dobrze zmiksowany track, w którym Dre brzmi jak Nate Dogg, a Snoop jedynie dorzuca kilka wersów od niechcenia. Słucha się w miarę dobrze, ale nie tego oczekiwałem.

Skoro więc jesteśmy przy słabszych momentach płyty, przejdźmy do drugiej wydzielonej przeze mnie części albumu – tracków numer 13-21. Niestety, Game odrzucił gangsterskie i charyzmatyczne przechwałki na korzyść lekkiego pitu-pitu bez wyrazu. Niezależnie wiec od tego, czy wspomaga go reprezentant Maybach Music Wale, wciąż niemogący dojść do formy Chris Brown, czy autor najlepszej jak dotąd płyty R&B w tym roku Lloyd, efekt jest dość mizerny. Żaden numer specjalnie nie odstrasza i nie zmusza do wyrzucenia głośników przez okno, ale tak naprawdę po dwóch-trzech przesłuchaniach do tej części „The R.E.D. Album” nie chce się specjalnie powracać. Można by ją jednak uratować. "Mama Knows" byłby świetnym numerem, gdyby nie tragiczny refren Nelly Furtado, a utwory takie jak "All I Know", czy "California Dream" sprawdziłyby się na płycie Game’a, jeśli tylko byłyby po prostu trochę mniej słodkie. Na zasadzie przeciwwagi dodajmy, że raper z Compton wyzbył się wreszcie swojej najbardziej denerwującej maniery – już nie propsuje wszystkiego co się rusza. Wiem, że jest to trudne do uwierzenia, ale na „The R.E.D. Album” nie ma shout-outów.

Dobra, czas kończyć te rozważania, bo to przecież nie Game jest tutaj ważny, a pojechanie jego małoletnich psychofanów. Patrząc całościowo, raper z Compton wydał płytę dobrą, której sporo już słuchałem i będzie gościć w moich głośnikach jeszcze przez jakiś czas. Nie zmienia to jednak mojego stosunku do wykonawcy, który pozostanie taki sam, póki Game nie nabierze trochę pokory i nie zacznie się zastanawiać nad tym, co mówi w wywiadach. Jeśli natomiast ktoś poczuł się urażony tą recenzją, to tylko w myśl powiedzenia „uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Ja sam mam świadomość, że kosa w plecach w tym momencie jest już nieunikniona, więc zrobiłem zapasy na dwa miesiące i zaraz będę się barykadował w domu. Gdy skończę, zapuszczę „The R.E.D. Album” jeszcze raz.

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

szkoda, że nie uwzględniłeś utworu "Ricky", moim zdaniem najlepszy po "The City". płyta jest nieprzemyślana i pozbawiona pierdolnięcia. dodatkowo sprzedaż tragiczna, a recenzje all music czy hip hop dx są dla mnie kompletnie nieuzasadnione. carter IV zjada ten album.

Anonimowy pisze...

Nie wspominając o Watch the Throne.

Anonimowy pisze...

Nie wspominając, że to najgorsza płyta Game'a... Wcześniejsze produkcje były przynajmniej w klimacie, po pierwszej czy drugiej płycie Game zyskał w moich oczach, głównie tym, że gra rap, solidny, sprawdzony i dobrze odbierany rap. Że jest naturalną kontynuacją działalności np takiego Dr Dre.. Zwłaszcza w czasach gdy górę nad bardziej rdzennymi i brudnymi inspiracjami biorą plastykowe, wuja warte hiciory do dyskotek w remizach. Ta płyta to przykład, że coraz więcej raperów zamiast rapu bawi się w pop. Owszem, są ze dwa utwory godne przesłuchania, ale w porównaniu z wcześniejszymi albumami to kicz, pójście na łatwiznę i odgrzewanie kotleta. Ja po tym kotlecie mam niestrawności i długo do Menu Game'a nie zajrzę. Ciach temat.

Prześlij komentarz